Dawca - Piotr Szymczak, Lois Lowry

Jak to cholerstwo wciąga… Przez „Dawcę” przeleciałam jak sprinter, choć sportowiec ze mnie żaden.  I wcale nie przeszkadzało mi to, że zaczyna mnie rozkładać jakieś paskudne choróbsko. Głowa boli, oczy łzawią, a człowiek czyta dalej, bo jakoś ciężko przestać.

 

Nie da się ukryć, że „Dawca” jest powieścią skierowaną raczej do młodzieży. Im dłużej się czyta, tym bardziej odbiorca upewnia się w tym stwierdzeniu. Choć to dystopia, to mocno wygładzona. Nawet te fragmenty, które z założenia miały mrozić krew w żyłach, są… no cóż, może nie należą do najprzyjemniejszych, ale naprawdę podano je w dość strawny i mało makabryczny sposób. Między „Igrzyskami Śmierci” a „Dawcą”’ jest pod tym względem taka przepaść, jak między gustem kulinarnym Haniballa Lectera a małym co nieco Kubusia Puchatka. Brak również w powieści pewnej wielowymiarowości, którą mogliby zrozumieć raczej starsi czytelnicy. Morały płynące z książki ani nie są jakoś specjalnie odkrywcze (ale pamiętajmy, że książka pochodzi z roku 93), ani nie skłaniają do zbyt głębokich refleksji. Niemniej jednak książka jest „o czymś” i choć nie za bardzo podoba mi się to proste podejście do rzeczywistości, to warto po „Dawcę” sięgnąć. A już na pewno warto podmienić na niego „Pamiętnik Księżniczki”, jeśli takowy znajduje się na półce naszej nastoletniej córki/siostry/kuzynki.

 

Podczas lektury zaliczyłam jeden zgrzyt. Ceremonia przejścia dziesięciolatków do jedenastolatków. Dziewczynki dostają nową bieliznę, bo ich ciała się zmieniają, a chłopcy… nowe spodnie z kieszenią na kalkulator (SIC!). O co, kurczaki, chodzi? Dziewczynkom nie przyda się kalkulator? W ogóle jak jest z tą bielizną? Dawać komuś na ceremonii bieliznę? Bo zmienia się ciało? Znaczy się – jest bardziej atrakcyjne fizycznie? Ale po co to akcentować na ceremonii w świecie, gdzie uczucia (a więc i pożądanie) są zabronione?

 

Jeśli chodzi o wydanie, to zaznaczę, że w konkursie dostało mi się to filmowe. Nie narzekam. Okładka jest bardzo ładna (bez „wooooow”, ale estetyczna), a i w środku jest całkiem przyjemnie. Bez serduszek (pozdrawiamy „Joyland”) i z surowymi, ale urokliwymi początkami nowych rozdziałów (cała strona szara, u dołu strony niezadrukowane kontury roślin).

 

Do kolejnych części „Dawcy” na pewno jeszcze wrócę. Trochę się boję, że może być to zjazd po równi pochyłej. Już końcówka trochę mnie rozczarowała (bo napisana jakoś tak na odwal). Nie wiem, czy niezbędne było też nawiązanie do religii chrześcijańskiej, bo tak właśnie rozumiem finisz. Niemniej jednak lubię, kiedy książka mnie tak wciąga. W tym wypadku nawet nie wstyd, bo ciężko stwierdzić, żeby „Dawca” był infantylny. To całkiem porządna pozycja. Tylko dostosowana do targetu, czyli młodszych ludziów.