Cmętarz zwieżąt

Cmętarz zwieżąt - Stephen King Jeszcze do połowy lektury myślałam, że „Cmętarz zwieżąt” to jedna z lepszych książek Kinga, jakie dane mi było czytać. A potem zaczęło się robić przewidywalnie i groteskowo. Ale do rzeczy. Tym razem pan Król wziął na warsztat tematykę śmierci i tego, co jest po, o ile w ogóle coś jest. Tak, jest dokładnie tak, jak się spodziewacie: bohaterowie muszą się zmierzyć z własnymi przekonaniami i skonfrontować je z bieżącymi wydarzeniami z ich życia. Brzmi fajnie? Ano brzmi, chociaż nie jest to nic nowego. Przyznam bez bicia, bez przywiązywania do kaloryfera i bez ucinania kończyn – wiązałam z tą książką olbrzymie nadzieje, które zostały spełnione. Szkoda tylko, że w niewielkim stopniu. ;) King ma dar snucia baśni i opowieści. Początek powieści niemal sielankowy, ale delikatnie oprószony prozą życia i niewielką obawą bohaterów przed nowym startem życiowym. Sympatycznie. Do tego postacie – przemyślane, barwne, a także zróżnicowane charakterologicznie, wiekowo i fizycznie. Z obawami i nadziejami typowymi dla zgromadzonego bagażu życiowego. Zakochałam się w tych fragmentach, kiedy King czaruje słowem oraz wyobraźnią, obdarowując swych bohaterów rodzinną sielanką. Epizod przedświąteczny, kiedy to państwo Creed przygotowują dzieciom prezenty, to prawdziwy popis. Momentami (rzadko bo rzadko, ale jest) książka aż skrzy się od błyskotliwego humoru, który po prostu mnie urzekł. I to by było na tyle, jeśli o zalety chodzi. „Cmętarz zwieżąt” jest skonstruowany tak, że od pewnego momentu wiadomo już, co się będzie dalej działo. Nie chodzi mi nawet o to, że autor zdradza wydarzenia z przyszłości. Raczej fabuła sama w sobie wskazuje na to, czego można spodziewać się pod koniec. Zagadką jest tylko, o którego bohatera będzie chodziło. ;) I fakt faktem – czekałam, żeby zobaczyć, jak King to pociągnie literacko. Natomiast zaskoczona raczej nie byłam. Szczerze mówiąc końcówka (która miała być pewnie mocnym tąpnięciem) była po prostu zadowalająca. Parłam do niej jak najszybciej, bo powoli zaczęłam męczyć się lekturą. Typowy problem u Kinga – to, co rozpisane na ponad 400-stu stronach, można by było skompresować na jakichś 300-stu. Z korzyścią dla powieści. Tak czy siak, to był chyba najlepszy przeczytany przeze mnie horror Kinga, który dla mnie… horrorem nie był, ponieważ mnie nie przestraszył. ;) Wprawdzie thrillerowa ze mnie dziewczyna i na moich emocjach silniej grali zawsze psychopaci niż stwory zza grobu, ale nawet z napięciem u Kinga ciężko. Nie umiem się bać, czytając utwory tego autora. Niby wszystko się zgadza, ale w pewnym momencie klimat grozy gdzieś ucieka, a pojawia się całe morze groteski i obrzydzenia. Krótko mówiąc – ruszyło mnie, ale nie tak, jak „trza”.