Dziewiąta runa

Dziewiąta runa - Katarzyna Bonda Tę książkę pisały trzy autorki. Albo jedna autorka o trzech osobowościach. Jedna autorka na trzech różnych etapach życia? Po trzech różnych używkach? Nie wiem, co jest nie tak, ale po naprawdę beznadziejnym początku nagle gdzieś w połowie książki następuje gwałtowna zwyżka poziomu i kiedy już człowiekowi wydaje się, że dał się wciągnąć w coś naprawdę dobrego, wyłaniają się dziwne dwa (Dwa? Chyba dwa…) ostatnie rozdziały, które za nic nie pasują do całości. Coś w stylu: „Pranie mi się skończyło, ale że nie chce mi się rozwieszać, to dopiszę sobie jeszcze coś do książki.” Co mi zrobił początek powieści? Ano ukrzyżował mnie wprowadzeniem postaci. Być może persony profilera i denatki na początku takie właśnie miały być – sztuczne, papierowe, skrajnie schematyczne. Po co? Po to, żeby później je ubarwić? Rozwinąć? Nie wiem. W każdym razie później jest już lepiej, co nie znaczy, że wyżej wymienionych bohaterów da się polubić. Nina to taka słodka idiotka, którą życie uczy, jak być wyrachowaną manipulantką. Hubert za to jest tak oddany pracy, że cierpi na tym jego sytuacja rodzinna. Uwaga – tu zapalił się u mnie banał alert – oczywiście z książki płynie morał, że wszyscy policjanci i nauczyciele muszą mieć zrujnowane życie prywatne, a każdy celebryta lata od bankietu do bankietu, dbając o znajomości, hajs i hajs po znajomości. Komendant policji to z kolei spowolniony, prosty człowieczek o dobrym sercu (choć przyznać muszę, że jak na powieść o profilerze, komendant odgrywa tu niepokojąco istotną rolę). Wracając do Huberta – jakimś cudem jego oddanie pracy nie przeszkadza mu opuścić miejsca zbrodni po stworzeniu profilu sprawcy. Fakt, że – jak to mawia moja znajoma – pali mu się koło tyłka (rozwód na karku, a żona z uporem maniaka czyści konto bankowe), ale serio? Nie zostałby nawet po to, żeby sprawdzić, czy w okolicy znajduje się KTOKOLWIEK odpowiadający temu opisowi? Wprawdzie później wykazuje zainteresowanie rozwiązaniem sprawy i jest wdzięczny za telefony, ale przez takie zagranie jego rola w powieści po prostu zmalała, co tu ukrywać. Plusy? Są, są, a jakże. Jak już wspomniałam, po połówce następuje niespodziewana odmiana. Czytelnik nagle łapie się na tym, że nie może przestać czytać, bo akcja nabiera tempa. Na uwagę zasługuje też klimatyczna scena u panów wróżów. ;) Chociaż same runy i odrobina magii, którą te wnoszą do powieści, jakoś do mnie nie przemawiały, to wizyta Huberta u pokręconych szamanów była najlepszym momentem „Dziewiątej runy”. Miło jest też poczytać o przygodach profilera w rodzimym kraju, choć zagraniczne pozycje przyzwyczaiły nas do nieco innego postrzegania tego zawodu. Podsumowując – „Dziewiąta runa” to nic nadzwyczajnego, ale autorka na tyle sprawnie posługuje się słowem pisanym, że chciałabym jej… sobie… nam obu dać jeszcze jedną szansę. Może kolejne części cyklu będą lepsze… Naprawdę lubię powieści o profilerach. Psychologia to ten pierwiastek w thrillerach, który kręci mnie najbardziej. Nic więc dziwnego, że w „Tylko martwi nie kłamią” pokładam duże nadzieje.