Głos serca

Głos serca - Jodi Picoult Najgorsza książka Picoult, jaką dane mi było do tej pory czytać. Rozumiem, że debiut. Rozumiem, że początki są ciężkie. Ale to nie są powody, dla których można zwalniać autorkę od myślenia. Pozwólcie, że nakreślę sytuację. Jane poprztykała się z mężem Olivierem - naukowcem, który do tego stopnia jest zafascynowany wielorybami, że w tyłeczku ma rodzinę. Gość oświadcza małżonce i córce, że w urodziny jedynej latorośli nie będzie go w domu, gdyż walenie wzywają. Nie jest to nic dziwnego, bo i w poprzednich latach rzadko wpadał na tę uroczystość. Jane dostaje białej gorączki. Kilka słów za dużo, kilka zagrań za wiele i dochodzi do rękoczynów (przy czym, uwaga, obrywa pan domu). Jane przerażona swoją agresją biegnie do auta (gdzie już czeka na nią córka Rebeka) i wyrusza do brata, na drugi koniec Ameryki. Wow, fabuła taka oryginalna, wow, emocje tak duże. ;) Teraz czas na debilizm roku: kochany braciak wysyła do Jane LISTY (tak, zwykłe listy, Jane odbiera je w kolejnych urzędach pocztowych), żeby ta – przy okazji podróży przez cały kraj – mogła odbyć dodatkowo mentalną wędrówkę w głąb siebie. Rozumiecie? Kobiecie świat się zawalił, rodzina jej się sypie, nie radzi sobie z przeszłością (bo agresję zrzuca na geny ojca), a brachol (zamiast pędzić na złamanie karku, żeby odebrać ją po drodze i przemówić jej do rozsądku) funduje jej chwilę refleksji nad własnym losem. Kogo obchodzi, czy dziewczyny mają ze sobą środki pieniężne, czy mają gdzie spać, czy cokolwiek ze sobą spakowały... Niech oddadzą się rozmyślaniom! Panie, takie rzeczy tylko w tanich obyczajówkach. Drugi słaby punkt – postać Oliviera. Co to miało być? Na samym początku gość jest tak schematyczny, tak skrajnie schematyczny, że aż nierealny. Poza tym – jak na naukowca – posługuje się dziwnie prostym językiem. Nie mówię o słownictwie naukowym, nie, nie. Chodzi mi o same konstrukcje zdaniowe, sposób wypowiadania się. Dopiero później coś tam się zaczyna z nim dziać (jakby Picoult nagle zauważyła, że można nadać tej postaci trochę głębi). Może tak miało być, może im dalej w las, tym bardziej miało się okazywać, że żaden z bohaterów nie jest typowo negatywny albo bezsprzecznie pozytywny. Mimo wszystko – nie kupuję początkowej kreacji tej postaci. Następne słabe ogniwo – zaburzona chronologia. Zagranie bardzo fajne, jeśli umie się nim operować. Przez całą lekturę miałam wrażenie, że autorka przerzuca nas w czasie tylko z jednego powodu – tak bardzo chciała wykorzystać narrację wieloosobową (która wychodzi jej super, choć w tej książce pisarka jeszcze nie rozwinęła skrzydeł), że po prostu musiała namieszać z czasem, żeby kolejne wypowiedzi różnych bohaterów o tym samym zdarzeniu nie wypadały jedna po drugiej. Pod koniec wszystkie zdarzenia układają się w całość i raczej nie powinno być żadnych problemów ze zrozumieniem fabuły, ale wyszła z tego wszystkiego sztuka dla sztuki. Kolejny problem dochodzi, kiedy czytelnik miał już do czynienia z innymi książkami Picoult. Autorka zawsze pisała o czymś istotnym. Brała na tapetę naprawdę ważne problemy. Z różnym skutkiem, ale naprawdę się starała… A tu – no cóż. Mamy typowe romansidło, momentami zakrawające na scenariusz do filmu familijnego. Żeby nie było, że tylko narzekam. Już debiut Picoult zapowiadał, że będzie z niej świetna autorka powieści. Pisarka fantastycznie odwzorowuje emocje bohaterów. Skupia się na małych smaczkach, które nadają scenom realności. Zakończenie jest rewelacyjne – niby nie otwarte, ale autorka delikatnie akcentuje, że wszystko może się jeszcze zmienić. Za miesiąc, za rok… Albo nigdy. „Głos serca” to nie „Bez mojej zgody” (oj, zdecydowanie nie), ale cieszę się, że ktoś zauważył Picoult i pozwolił jej się dalej rozwijać literacko. Późniejsze tytuły są dużo, dużo lepsze. Dlatego „świażakom”, którzy nie zetknęli się jeszcze z autorką, polecam zacząć od innych pozycji (na czele ze wspomnianą w tym akapicie powieścią „Bez mojej zgody”).