Arbuz

Arbuz - Marian Keyes Dotarłam do połowy i podziękowałam. Trochę szkoda, bo naszukałam się tej książki jak Książę właścicielki pantofelka. W tej wersji baśni Kopciuszek niestety rozczarowuje. Początek jest bardzo przyjemny. Od razu widać, że to literatura kobieca, ale z zadatkami na coś… dowcipnego? Przewrotnego? INNEGO? Przynajmniej tego sobie życzyłam. Niestety. Pierwszy dzwonek alarmowy zabrzęczał mi w głowie w chwili, kiedy zaczęła się opowieść samotnej matki, która po porodzie i porzuceniu przez męża wraca do zdrowia psychicznego i fizycznego. Jest to jak najbardziej podyktowane fabułą, ale po pewnym czasie zaczyna się robić nieco monotonne i nużące. Narracja, która była bardzo mocną stroną na samym początku książki, robi się strasznie sflaczała. Drugi alarm to pojawienie są Adama. Od tej pory poziom powieści leci na zbity pysk. Autorka mogła darować sobie te rozpaczliwe wstawki o tym, że coś (komentarz, gest) nie nastąpi, bo nie jest to Harlequin. Jak najbardziej jest. Albo coś bardzo zbliżonego do Harlequina. Wprawdzie za wielu romansów nie przeczytałam, ale te ckliwe, ćwierkająco-radosne dialogi rozpoznam wszędzie. Nie wiem, czy były jakieś „sceny”. Do momentu, do którego doczytałam – nie. Pikanteria i tak nie załatwiłaby sprawy, bo zrobiło się po prostu nudno. Spodziewam się, ze zakończenie też nie zaskakuje (a opinie innych użytkowników to potwierdziły). „Arbuz” to czytelniczy niewypał tych wakacji. No cóż, kolejny cykl, który koniecznie chciałam poznać, ale nigdy do niego nie wrócę…