Niegrzeczni bogowie

Niegrzeczni bogowie - Marie Phillips Jestem nieco rozczarowana. „Niegrzeczni bogowie” oparci są na pomyśle, który siedzi w mojej głowie od lat. Przeniesienie panteonu bogów olimpijskich do współczesności – wow, na ile różnych sposobów można to wykorzystać! Ile różnych opowieści można stworzyć! Tymczasem… Ech. Muszę przyznać, że w książce genialnie przejaskrawiono postacie bogów. Relacja Erosa z Afrodytą jest czymś wspaniałym. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale przypominam tylko, że Eros był synem Afrodyty. W „Niegrzecznych bogach” nasz bóg miłości zaczyna… sympatyzować z wiarą chrześcijańską. Tymczasem Afrodyta pracuje w seks telefonie. Niejednokrotnie zdarza jej się pracować, rozmawiając jednocześnie ze swym synem (ba, nawet przy gościach!). :D Patologia aż wylewa się z tej książki, ale przecież tak właśnie w starożytności było. Do spraw łóżkowych podchodziło się luźniej, a nawet miały one wymiar religijny. Stąd dużo w powieści scen, które wydawać by się mogły wulgarne. Autorka zawsze obraca jednak kota ogonem tak, że czytelnik – zamiast się oburzać – zaśmiewa się w głos (a przynajmniej ja tak miałam ;)). I w tej całej wyśmienitej, odważnej otoczce pojawia się historia, nad którą idzie załamać ręce. Jak można spłycić tak fantastyczny pomysł? Fabuły praktycznie nie ma. No dobra, rozpędziłam się. Ale to coś, to się dzieje, ciężko nazwać fabułą. Dostajemy współczesną historię Orfeusza i Eurydyki. Przyjmijmy, że do przełknięcia. Tylko czemu, na litość Zeusa, Neil i Alice muszą być tak pierdołowaci? Poza tym nikt mi nie wmówi, że dwie osoby z wyższym wykształceniem nie zorientowałyby się, że mają do czynienia z bogami olimpijskimi. W końcu Apollo, Afrodyta, Artemida to tak często spotykane imiona... Autorka w pewnym momencie chyba zorientowała się, że coś tu nie halo, bo w książce wspomina o tym nawet sam Hermes. Ciężko jest też mówić o jakimkolwiek kunszcie literackim w tym przypadku. Styl autorki jest nijaki, chociaż naprawdę nadrabia ona swoim poczuciem humoru. No i to zakończenieeeeee… Tyle słodkości, że brakowało tylko Troskliwych Misiów. Z racji, że do książki podchodzę skrajnie subiektywnie, wszystkie jej zalety przyjmowałam pewnie z nadmierną euforią, a wszystkie jej wady bolały mnie dwa razy bardziej. Ocena może więc nie być sprawiedliwa. Wydaje mi się jednak, że wszyscy ci, którzy nie są sympatykami starożytności, spokojnie mogą odjąć od punktacji jeszcze jedną gwiazdkę.