Mistrz karnawału

Mistrz karnawału - Craig Russell Z twórczością Russella zetknęłam się po raz pierwszy mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczęłam poznawać powieści Chattama. Od samego początku Russell posługiwał się słowem pisanym gorzej od swojego kolegi po fachu, jednak była to różnica nieznaczna. Tymczasem teraz aż przykro się patrzy, jak Chattam miażdży Brytyjczyka. Nie rozumiem, czemu autor uparł się, żeby prowadzić równolegle dwa główne wątki. Akcja jest tak rozproszona, że aż się to wszystko źle czyta. Wątek dotyczący kanibala-zabójcy został potraktowany zupełnie bo łebkach, a szkoda, bo miał spory potencjał. Nie oczekiwałam wprawdzie niczego wywrotowego (umówmy się – Lecter jest tylko jeden i nikt nie jest w stanie mu podskoczyć), ale karnawałowa otoczka do tej historii naprawdę dobrze rokowała. Niestety – nie wyszło. Natomiast wątek związany z Witrenką jest najzwyczajniej w świecie nudny. Rumieńców nabiera dopiero pod koniec, ale jednocześnie autor wyrabia niestworzone rzeczy z postacią Marii, co nie do końca mnie przekonuje. Przy okazji – jeśli dobrze pamiętam, Maria w jednym zdaniu została chyba przechrzczona na Martę… To, co zawsze było świetne u Russella, a więc profile psychologiczne bohaterów, teraz ma bardzo zróżnicowany poziom. Niektóre postacie zostały nakreślone bez ładu i składu, poziom konstrukcji innych leciał z kolei sinusoidą. Niewielu jest bohaterów, którzy faktycznie zasługują na uwagę. Naszemu głównemu bohaterowi też nieźle się w główce poprzestawiało. Nie będę spoilerować, ale będąc w związku, nie kierowałabym się zasadą „Wszystkie grzechy i szaleństwa Szalonych Dni zostają spalone”. Nie byłabym sobą, gdybym w przypadku tego cyklu nie wspomniała o okładce. Cóż, „Mistrz karnawału” wypada zdecydowanie lepiej niż „Zmartwychwstały”, ale zachwytów z mojej strony raczej nie będzie. Usprawiedliwieniem może być jednak fakt, iż okładka oryginału też nie powala na kolana. Przy okazji porównania polskiej wersji z oryginałem – bardzo przyjemne tłumaczenie, zdecydowanie mi odpowiadało. Zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy dobrze robiłam, kolekcjonując Cykl hamburski i nie czytając go na bieżąco. Skusiły mnie dwie pierwsze części przygód Jana Fabla, które były świetne. Trzecia, przeczytana niedawno, była już małą wtopą, a czwarta… No cóż. Strach pomyśleć, co się będzie działo dalej. A „piątka” i „szóstka” już czekają na półce…