Player One

Player One - Ernest Cline O Matko Bosko Oldskulowo! Jak to wciąga… Książka jest rewelacyjna. To takie skrzyżowanie „[geim]” z „Harrym Potterem” . Biorąc pod uwagę fakt, że obie pozycje (a w zasadzie pozycja i cykl) pochłaniają jak ruchome piaski, jest to chyba najlepsza rekomendacja. „Player One” ma mnóstwo plusów i nawet nie będę próbowała ich wszystkich wymieniać. Tytuł jest tak wyładowany różnymi smaczkami i nawiązaniami do pop-kultury lat 80. (ale i 90.!), że nie wiem nawet, czy wszystkie wyłapałam. Autor pomyślał nawet o geekowskiej numeracji rozdziałów. I wiecie co? W sumie lata 80. powinny być mi obce, bo urodziłam się pod sam ich koniec. Tak się jednak składa, że autor nawiązuje też do gier, filmów czy seriali, które zna każdy. Przykład? Pojawia się chociażby wzmianka o Simpsonach. I choć nie kojarzyłam wszystkich tytułów, zwłaszcza gier na starsze konsole (z jednej strony mnie to rozczarowało, z drugiej – trochę mi ulżyło ;)), to bawiłam się świetnie. W życiu się nie spodziewałam, że ktoś wpadnie na tak klimatyczny pomysł. Automaty do gier, żetony, tekstowe gry przygodowe… Rozpływam się! Nie wiem, czy z „Gracza Pierwszego” da się wynieść jakieś głębsze przemyślenia. Raczej nie. W zasadzie lepiej się nad tym nie zastanawiać, bo się okaże, że książka opiera się na wątłym szkielecie zbudowanym z kilku banałów. Jest jednak tak klimatyczna, że wybaczam jej wszystko. Czy przeczytam jeszcze raz? Nie. Czy czekam na kontynuację? Nie – i oby taka się nie pojawiła. Czy zapamiętam książkę? Na pewno. I to na długo.