Podwójne gry

Podwójne gry - Richard Mason Liczyłam na kryminał, a dostałam… romans. Wstyd przyznać, ale zaskakująco dobry! Autor ma ciekawy styl – najpierw zdradza, co ważnego ma się wydarzyć, a dopiero później pozwala czytelnikowi dotrzeć (małymi kroczkami, a jakże) do tego miejsca w historii. Czasem miałam ochotę udusić autora za taką zabawę z czytelnikiem, ale wybaczam mu wszystko, bo czyta się naprawdę przyjemnie. To, co inni czytelnicy nazwali dłużyznami, ja odebrałam jako odtwarzanie z pamięci zamierzchłych zdarzeń. Macie tak czasem? Myślicie o jakiejś historii sprzed wielu lat i nagle przypomina Wam się smuga światła kładąca się po podłodze, skrzypnięcie drzwi, czyjś gest… Wydaje mi się, że właśnie taki sposób narracji czyni historię bardziej realistyczną, choć przyznaję, że autora poniosła fantazja, oj, poniosła. ;) Pobawiłam się w proste rachunki i zdziwiło mnie, że w chwili wydania książki autor miał nieco ponad 20 lat. Narrator (a zarazem główny bohater, bo narracja jest pierwszoosobowa) wydaje się być naprawdę doświadczony życiowo. To, że wciąż żyje wydarzeniami sprzed kilkudziesięciu lat, nie czyni go podstarzałym Piotrusiem Panem. Faktycznie, jest coś magnetycznego w tej postaci. Chociażby dziwna wrażliwość i postrzeganie uczuć. Słabe strony? Zakończenie jest tak oczywiste, że przebija nawet wszystkie spojlery podrzucane przez samego autora. Zero zaskoczenia na finiszu, zero emocji, a sama historia również jakoś w głowie nie pulsuje. Pomyślałam też przez chwilę, co z tej książki wyniosłam – wyszło mi, że nic. Tak więc „Podwójne gry” to świetne, zdecydowanie niegłupie czytało o specyficznym klimacie. Życia Wam nie zmieni, nie pójdziecie przez nie na pielgrzymkę, ale lektura nie będzie czasem straconym.