Pod kopułą

Pod kopułą - Stephen King Kiedy przeciętnemu (statystycznie) pisarzowi zbiera się chcica na zamordowanie jakiegoś bohatera, zrzuca na pechowca chorobę, nasyła na niego psychola z nożem bądź czyni go ofiarą nieszczęśliwego wypadku. Tymczasem King materializuje wokół małej mieściny klosz i już na dzień dobry wybija kilkoro jej mieszkańców, wliczając w to zwierzęta. Subtelne. ;) Zacznę od tego, co pulsowało w mojej głowie niemalże od samego początku lektury. Rowling może Królowi rąbek królewskiej peleryny czyścić. Hermetyczna społeczność przedstawiona w „Trafnym wyborze” była niczym w stosunku do tego, co prezentuje nam King w „Pod kopułą”. Wesoła gromadka zamieszkująca Chester's Mill jest tak zróżnicowana, że raczej nie da się całkiem pomylić postaci. Jest ich dużo (duuuuzioo, oj, duzio), więc siłą rzeczy czasem się mieszają, ale da się po pewnym czasie zapanować nad tym chaosem. Co poza tym? Na plus na pewno fajny język Kinga. Proste, trafne zdania, których autor nie rozmemłał na 10 linijek, jak to niektórzy mają w zwyczaju. Ujęło mnie sformułowanie „nienachalny intelekt” i pewnie na stałe wejdzie do mojego języka. Poza tym fajny pomysł na książkę – bo King przyciąga mnie do siebie właśnie pomysłami na fabułę. Minusów jest dużo więcej i głównym z nich jest objętość powieści. Czytanie „Pod kopułą” boli i jest to ból nieomal fizyczny. Jeśli chodzi o książki, to uwielbiam grubasy (taka tam dewiacja), ale to już była przesada. Objętość tej powieści wynika nie z dopracowanego, rozległego głównego wątku, a z pierdyliona wątków pobocznych, które interesowały mnie tyle, co wydeptany dywan sąsiada z dołu. Główny problem unosi się gdzieś tam w tle, ale ważniejsze są przecież gwałty, dziwne machinacje i kolejne zgony. „Yay, jak super!” – pomyślał King. „Matko, jaka lipa…” – pomyślałam ja. Naturalizm w wydaniu Kinga wciąż do mnie nie przemawia. Wymęczyły mnie też kilkudziesięciostronicowe, nużące fragmenty, którymi spokojnie można by było obdzielić jeszcze ze dwie inne książki (z pożytkiem dla „Pod kopułą”, a ze szkodą dla tych książek). Najgorsze jest to, że w połowie powieści robi się tak nudno, że gdybym czytała papierowe wydanie, to chyba pocięłabym się stronami. Zaczęłam się w tej książce topić. Nie „zatapiać”. Topić. I rozpaczliwie parłam do końca. Nie dlatego, że wciągnęła mnie opowieść. Po prostu czułam, że się duszę. Po dotarciu do końca (rozczarowującego, a jakże), czułam się, jakbym wypłynęła na powierzchnię. To była męczarnia. Do książki na pewno już nie wrócę. Przeraża mnie, że King, pisząc przeraźliwie nierówno (bo ma na swoim koncie lepsze i gorsze pozycje), jest twórcą tak popularnym. Przecież pomysł to nie wszystko. A wykonanie u Kinga czasem siada, oj, siada…