Hannibal po drugiej stronie maski

Hannibal po drugiej stronie maski - Thomas Harris A w życiu. Nudy, nudy i jeszcze raz nudy, które autor od czasu do czasu urozmaica jakąś mocniejszą sceną (na szczęście, bo w innym wypadku raczej nie dotrwałabym do końca). W sumie negatywne wrażenie "zawdzięczam" w dużej mierze internautom, którzy w każdym zakątku Sieci huczą na lewo i prawo o tym, co stało się z siostrą Hannibala. Krótko mówiąc – zadbano o to, żebym już na kilka lat przed lekturą została pozbawiona niespodzianki. Nie zmienia to jednak faktu, że książka jako całokształt zupełnie się nie broni. Geneza Lectera jak najbardziej przemyślana i misternie utkana, jednak… kompletnie nie wciąga. Dużo przemocy i brutalności, ale Harris jakoś zapomniał zbudować wokół tego emocje. Nie wiem, może ze mnie kobieta bez serca, ale mordy na fikcyjnych postaciach w takim suchym wydaniu po prostu mnie nie ruszają. Wiem, wiem, główny bohater po tych wszystkich przejściach miał z założenia podchodzić do kolejnych trupów beznamiętnie. Ale czy koniecznie trzeba produkować ponad 300 stron o tym, jak to jaja Lectera zamieniły się stal (metaforycznie rzecz ujmując ;)), co upoważnia go do tego, żeby chodził i kosił dorosłych facetów, przeważnie pozostając bez zadraśnięcia? Adrenalina i chęć zemsty potrafią zdziałać z człowiekiem niesamowite rzeczy, ale nie czynią z nikogo nieśmiertelnego superbohatera. Mam żal do Harrisa, że znudził mnie jedną z moich ulubionych postaci literackich. Zbyt często podczas lektury łapałam się na tym, że świadomość mi się wyłączała, podczas gdy oczy czytały dalej. Jeśli tak ma wyglądać historia Lectera, to chyba wolałam, kiedy był owiany nutką tajemnicy. Nie będę się już nawet czepiać niewłaściwego formatowania tekstu (gdzieś pod koniec powieści pojawił się list pisany kursywą – szkoda, że kursywa przeciągnęła się na kolejny akapit, który do treści listu już nie należał). Żal mi tylko tłumacza, bo widać, że odwalił kawał dobrej roboty.