Dziennik geniusza

Dziennik geniusza - Salvador Dali Dużo rogów nosorożców, dużo Gali i dużo absurdu. Kompletnie wsiąkłam. W tej książce nie przeszkadzało mi niemal nic. Nawet opowiastki o odbytach czy porannych odchodach. Nooo, może „Sztuka pierdzenia” w aneksie była już zbędna. Nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że przez caluśki czas autor robił sobie jaja z czytelnika. Sam zresztą w którymś fragmencie stwierdził, że lubi szokować sztuką. Lubi sprawdzać, jak wiele są w stanie znieść odbiorcy. Gdzie przebiegają ich granice tolerancji na absurd. Dlatego wszelkie wulgarne i nonsensowne wstawki raczej mnie bawiły – wystarczyło nie brać ich na serio. Podobnie jest z samouwielbieniem. Wydaje mi się, że gdyby Dali faktycznie był bezkrytyczny, nie byłby tak skutecznym biznesmenem. Krótko mówiąc – prowokacja pełną parą. Co na minus? Niektóre opublikowane zapisy z „Dziennika…” niczego nie wnoszą i w zasadzie można było je pominąć. Zdaję sobie też sprawę z tego, że części czytelników nie spodoba się sposób wypowiadania się Dalego o sobie samym – w jednym akapicie potrafi to robić w pierwszej i trzeciej osobie naprzemiennie. Aneksy natomiast, ze wspomnianą wcześniej „Sztuką pierdzenia” na czele, przeważnie wieją nudą (czy ktoś w ogóle przeczytał to z pełnym skupieniem?). Książkę polecam wszystkim – również osobom, które twórczość Salvadora kojarzą tylko tyle o ile. Sama nie jestem specjalistką w tym zakresie, a czytało mi się świetnie. Podobają mi się takie zapiski kogoś, kto doskonale udaje wariata. Sam Dali zresztą mówił o sobie: „Jedyna różnica między szaleńcem a mną polega na tym, że ja nim nie jestem”. I dokładnie w ten sposób trzeba podejść do tej książki.