Wielki szort

Wielki szort - Michael Lewis

„Nasz kraj został zgwałcony przez jego klasę wyższą. Wypieprzyliście ludzi. Zbudowaliście twierdzę, żeby łupić obywateli. Ani razu nie zdarzyło mi się spotkać osoby z Wall Street, którą ruszyłoby sumienie. Nikt nie powiedział: robimy źle.”

 

„Wielki szort” należy do beletrystyki finansów. A moim zdaniem powinien być też podręcznikiem akademickim. Jeśli nie do rynków finansowych, to chociaż do etyki.

 

Książka nie jest łatwa w odbiorze. Z pewnością będzie nie lada gratką dla studentów kierunków ekonomicznych, wykładowców, finansistów maści wszelakiej i pasjonatów giełdowych. Reszta? No cóż. Jeśli do tej pory nie miałeś/nie miałaś nic wspólnego z finansami, a koniecznie chcesz zabrać się za „Wielki szort”, to zaopatrz się w dobry podręcznik z finansów. Albo licz się z tym, że czeka cię ostre googlowanie. Chyba że wiesz, co to mezzanine, na czym polega sprzedaż krótka i jak działają derywaty. Nie zmienia to jednak faktu, że pozycja jest rewelacyjna. Czytałam ją z zapartym tchem. Ta momentami zabawna, ale przede wszystkim przerażająca opowieść o świecie wielkiej finansjery potrafi straszliwie wkręcić. Historia kryzysu opowiadana przez Lewisa przypomina efekt motyla albo upadające po kolei kostki domina. Autor pokazuje, jak kolejne decyzje (bądź brak decyzji) konkretnych osób, grup osób czy całych organizacji pogrążają globalną gospodarkę w chaosie. To przerażające, jakich ludzi zatrudniano kiedyś na Wall Street (a jak znam życie, to pewnie zatrudnia się ich dalej, choć może nie na taką skalę). Płotki pracujące na najniższych szczeblach nie miały tak naprawdę pojęcia o tym, co robią. Musiały za to stwarzać wrażenie, że znają się na tym doskonale.

 

Na koniec dodam jeszcze, że jak zwykle nie zawiodło wydawnictwo Sonia Draga – książka wygląda świetnie. Dobrze spisała się też tłumaczka. Aż chce się wracać do tej pozycji. A wrócę na pewno. Wypadałoby w końcu DOKŁADNIE zrozumieć działanie instrumentów pochodnych, bo w trakcie studiów raczej się na nich nie skupiałam. ;) Z drugiej strony – skąd u mnie te kompleksy? Przecież prawie całe Wall Street błądziło w świecie derywatów jak dziecko we mgle.

 

PS Z niemałą radochą (wiem, wiem, dziwnie definiuję radość ;)) odnajdowałam na kartach powieści nawiązania do spółek, które pojawiły się też w „Bajkach w świecie biznesu”. PS 2 Marzy mi się, żeby autor napisał kiedyś książkę o kulisach wielkich fuzji i przejęć. :)