Gra w klasy

Gra w klasy - Julio Cortázar Założenie było takie, że najpierw przeczytam książkę „po Bożemu” (od początku do rozdziału 56.), a potem pobawię się w „skakankę”. Plan został wykonany w połowie, a i to z wielkim trudem. Trochę mi wstyd, bo kilka ostatnich rozdziałów zaledwie omiotłam wzrokiem, zatrzymując się jedynie przy „ciągnących oko” fragmentach. Z drugiej jednak strony chyba nigdy nie zaczęłabym czytać kolejnej książki, gdybym zagrzebała się w „Grze w klasy”. A zaczynałam się zagrzebywać na amen. Jedno mi się podobało. Cortázar nie pisze tekstu, Cortázar tworzy utwór muzyczny. Słowa dobiera tak, że niemal brzmią w głowie czytelnika. W prozie autora żyje sobie jakiś dziwny rodzaj muzycznej poezji, od której ciężko jest się uwolnić w trakcie lektury. Po pewnym czasie ten właśnie styl pisania zaczyna jednak przytłaczać czytelnika (a przynajmniej mnie). Wydaje mi się, że stuprocentowi ścisłowcy po prostu przez książkę nie przebrną. Nawet ja, „kundelek” (mam w sobie zarówno coś z humanistki, jak i ze ścisłowca), miałam wrażenie, że niektóre fragmenty są zbyt wydumane. Jak to mawiają – przydałoby się mniej pie…rdykania, więcej kontentu. Długo zastanawiałam się, co jest głównym wątkiem „Gry w klasy”. Na początku wydawało mi się, że chodzi o „coś więcej” niż pożądanie, ale jednocześnie o „coś mniej” niż miłość. I tak jak zwykle jestem zachwycona tego typu nienazywalnymi relacjami w sztuce, tak tutaj miałam naprawdę mieszane uczucia. Bohaterowie zachowywali się momentami tak debilnie, że wierzyć mi się nie chciało, iż są dorosłymi ludźmi. Postać Horacio Oliveira to w ogóle hit. Istnieje chyba tylko po to, żeby mógł się sam upajać swoją egzystencją. W życiu nie widziałam bardziej niemęskiego bohatera literackiego. Mało nie zeszłam na zawał, kiedy przeczytałam, że zabrał się za prostowanie gwoździ. Na szczęście autor mnie nie rozczarował – nasz Horacio sam nie wiedział, po co to robi. Uf, mamy stabilizację. ;] Wracając do meritum – później to właśnie samotność Horacia wybija się na pierwszy plan i to w tych kategoriach interpretowałabym książkę. Strasznie męczyły mnie przeskoki narracyjne między rozdziałami. Raz narracja jest pierwszo-, innym razem – trzecioosobowa. Przy narracji trzecioosobowej wyłapałam też kilka razy mowę pozornie zależną. Pewnie znajdą się fani i takiego stanu rzeczy. Mnie się nie podobało. Zdaję sobie sprawę z tego, że „Gra w klasy” nie jest najlepszą lekturą, kiedy zalega się kilka dni w łóżku ze stanem podgorączkowym. Nie jest też najlepszą lekturą na sesję. Bywało jednak, że czytywałam naprawdę ciężkie książki, będąc w gorszym stanie. Mimo to potrafiłam całkowicie w nich zatonąć. Tym razem było inaczej. Czytając „Grę w klasy” miałam wrażenie, że zagłębiam się w dziwnej mieszance Szekspira, Coelho i Zafona. Jakoś nie czułam tej literackiej sałatki. Nie twierdzę w żadnym wypadku, że książka jest beznadziejna, ale nie zdziwiłabym się, gdyby sam autor chciał przekazać dużo mniej, niż mu się przypisuje. Pewnie znowu narażam się fanom klasyki, ale zdecydowanie nie mam potrzeby bawienia się dodatkowo w skakanie między rozdziałami. Jeszcze będę miała jakieś sensacje żołądkowe po tych hektolitrach kawy i yerby.