Plugawy spisek

Plugawy spisek - Maxime Chattam Mocne. To było mocne. Chattam jest jakością. Nie bałam i nie boję się tego stwierdzenia. Przepiękna dedykacja, co rzadko zdarza się w thrillerach. „Milczenie owiec” na liście utworów polecanych do lektury. Nawiązanie do Palahniuka. To wszystko sprawia, że czytelnik czuje się dopieszczony. „Plugawy spisek” nie jest zbiorem ciekawych pomysłów wciśniętych między okładki. To ewidentna całość, którą doprawiają wspomniane wcześniej smaczki. Absolutnie ujął mnie podział książki na części. Dwa punkty widzenia. Męski i żeński. Tak odmienne, a tak podobne. A sam przeskok z części pierwszej („On”) na drugą („Ona”)? Tego chyba nikt się nie spodziewał. Polska, Kraków, Wieliczka! Do tego ten podwójny mord w kopalni… Życzę autorowi, żeby motyw został doceniony, bo naprawdę zasługuje na uwagę. To było chore, przerażające i zaskakujące jednocześnie. I o to chodzi w thrillerze. Ponadto rewelacyjnie nakreślone postacie i równie rewelacyjny klimat. A język! Nie wiem, komu dziękować bardziej za fragment: „Niebo nie mogło się zdecydować. Ołowiane chmury piętrzyły się coraz gęstszą warstwą, lecz deszcz nie spadał” – autorowi czy tłumaczce. Skoro było tak super, to czemu nie dałam książce mocnej dziesiątki? Przede wszystkim dlatego, że mam traumę po „Drapieżcach”. Jeśli w jakiejkolwiek książce Chattama znajduję nawiązania do „Drapieżców”, to mną telepie. I o ile samo słowo „drapieżca” nie wywołuje we mnie zniechęcenia (a wierzcie, że w „Plugawym spisku” występuje naprawdę często), to już różnego rodzaju schematy czy wzory postaci nawiązujące do wspomnianej wcześniej pozycji naprawdę źle mi się kojarzą. Przy okazji – „Plugawy spisek”? Serio? Nie było bardziej badziewnego tytułu? Nie uważam też, żeby dobrym posunięciem była epicka strzelanina, bo nie ma tym polega potęga talentu Chattama. Zdarzyła się – ok. Biorąc pod uwagę okoliczności, nie dało się jej uniknąć. Jednak nie za to doceniam autora i jakoś nie za bardzo podobało mi się, że wdeptuje w nurt czysto sensacyjny. Nie odpowiadało mi też „rozproszenie” winnych. Nie ma jednego mordercy (to nie spojler, bo wiadomo to od początku), przez co uwaga czytelnika kierowana jest z jednej sylwetki na drugą, a w efekcie żadna nie zostaje rozebrana na części pierwsze. Z drugiej strony było to też ciekawe zagranie psychologiczne. Zło nie ma jednej twarzy. To byt. Demon. Jest wszędzie. Można go uśpić, ale nie pokonać. Chattam jest potężnym hipnotyzerem. Jako jeden z niewielu pisarzy sprawia, że odkładając książkę, jeszcze przez długi czas o niej myślę. I próbuję wypłynąć z mroku, w którym autor zatapiał mnie stopniowo z każdą kolejną stroną. Zło jest rozsiane. Tkwi w każdym z nas. Lepiej go nie szukaj. Bo znajdziesz.