Piramidy

Piramidy - Terry Pratchett Chaos, chaos niekontrolowany. Fabuła? „Przewróciło się – niech leży”. I jeszcze ta nudna parka głównych bohaterów. Całkiem nowa, a jednak taka schematyczna… Nie takiego Pratchetta lubię. „’Piramidy!’ Starożytność! Uwielbiam! To musi być dobre!” I co? Nołp. Nie było. Było co najwyżej przeciętne. Niby mamy błyskotliwy, absurdalny humor. Niby autor pięknie ośmiesza rządy faraonów (w zasadzie czasem dostaje się każdej monarchii, bo niektóre uszczypliwości są uniwersalne). Niby udało się oddać klimat ówczesnego Egiptu. A jednak pojawia się niedosyt. Jestem w pełni świadoma, że Pratchett nie chciał napisać książki historycznej, ale fragment z zagadką Sfinksa jest totalnie skaszaniony. Ludzie dożywają siedemdziesiątki? Seriously? Z tego, co pamiętam, starożytni dożywali ok. czterdziestu lat. Siedemdziesięciolatkowie byli zjawiskiem. No i robienie ze Sfinksa debila też nie było raczej najszczęśliwszym pomysłem? W ogóle fragment z dywagacjami na temat zagadki był potwornie irytujący. Najbardziej w „Piramidach” podobał mi się chyba wielbłąd Ty Draniu. Taki ludzki był. Sympatyczny. Żujżujżuj. Cóż, ta część „Świata Dysku” (choć miała ogromną szansę stać się jedną z moich ulubionych) po prostu mnie rozczarowała. A może po prostu nie miałam nastroju na Pratchetta. Nie wiem. Tak czy siak, zaczynam mieć wrażenie, że im dalej w las, tym większa powtarzalność pewnych schematów w „ Świecie Dysku”. A mnie niezbyt się to podoba. PS Czytając „Piramidy”, upewniłam się co do jednego: jeśli ktoś zacznie korzystać z Kindla czy innego czytnika, za nic w świecie nie będzie już potrafił czytać książki na komórce starszego typu. Moje oczyska zostały niesamowicie wymęczone. Poza tym *.jar to nie *.mobi. Nigdy więcej.