Ja zabijam

Ja zabijam - Giorgio Faletti Jestem wściekła na kogoś, kto polecił mi tę książkę. To było jakieś 7 lat temu. Od tamtego czasu polowałam na „Ja zabijam” jak neandertalczyk na mamuta. Nie mam pojęcia, po co. Lektura była dużo bardziej męcząca niż samo zabieganie o nią. Nie o to chodzi, że książka jest zła. Nie, nie… Po prostu jest tak przeciętna, że aż zęby bolą. Autor wyładował książkę tyloma charakterystycznymi motywami i pomysłami, że spokojnie mógłby tym całym dobrodziejstwem obdzielić kilka kolejnych thrillerów. Z przesytu nigdy nie urodziło się nic dobrego. Nie podobało mi się, a wręcz mnie to wszystko znużyło. Fajne, ciekawe, ale ostatecznie razem „nie bangla”. Nie podeszli mi też zupełnie bohaterowie. Żeby było śmieszniej – najciekawsze wydawały mi się ofiary, więc za długo się nimi nie nacieszyłam. A ofiar poznajemy dosyć sporo, co również nie jest chyba najlepszym posunięciem. Wszyscy już zrozumieli, o co chodzi – nie ma sensu tak szczegółowo przedstawiać tylu zbrodni. Osobiście wyciachałabym kawał książki i niektóre wątki, ale co ja mogę? Mogę tylko przecierpieć kolejnych X nudnych stron. Tłumaczenia zupełnie nie rozumiem. Momentami możemy mówić o językowej wirtuozerii, a momentami ma się wrażenie, że do tekstu dorwał się ktoś inny. „Buzia na kłódkę”, naprawdę? Usta, w innym kontekście twarz, ale nie „buzia”… Przecież to thriller, nie czytanka rodem z elementarza! Chociaż pojawia się też „łobuz”, więc ciężko stwierdzić jednoznacznie… Nie wiem – może byłam za bardzo zmęczona zaczynając lekturę i przez to mój odbiór „Ja zabijam” jest taki, a nie inny. Nijak nie potrafię jednak podejść do pozycji euforystycznie. Może dlatego, że składa się z dobrych momentów, które za nic nie chcą złożyć się w dobrą całość.