Może zawierać orzeszki

Może zawierać orzeszki - John O'Farrell „Może zawierać orzeszki” to książka z tego samego wora, co „Stulatek…” i dokładnie w tych kategoriach należy ją oceniać. Jak pozycja sprawdziła się jako czasoumilacz? Zaczęłam od: „O luuudzie, ale to będzie żenujące…”, a kończyłam na pięknym, nie schodzącym z twarzy bananie. Sam finał był co prawda nieco moralizatorski i przewidywalny, ale bardzo optymistycznie nastraja do życia. Po lekturze mam wrażenie, że autor to po prostu równy gość, z którym ma się ochotę wyjść na pizzę i pogadać o niczym, a i tak wie się, że będzie zabawnie. O'Farrell musi być też świetnym obserwatorem, gdyż cała powieść napisana jest z punktu widzenia kobiety (nawiedzonej mamuśki, a jakże) i muszę przyznać, że perspektywa ta wygląda na zatrważająco wiarygodną. Postać Alice jest wprawdzie wyostrzona do granic absurdu (Dzień dobry, pani grotesko – znowu się widzimy!), ale jestem skłonna uwierzyć, że gdzieś na tym pięknym globie hasają sobie takie rodzicielki. I tu już przestaje być zabawnie, bo taka właśnie miłość matczyna bywa potwornie toksyczna. O'Farrell podaje nam tę prawdę na tacy, ale w sposób mniej bolesny, za to - jak to mawia mój kuzyn - „bardziej śmiechowy”. Dlatego też powieść nadaje się doskonale na prezent dla przyszłych rodziców. Niech wiedzą, jak absurdalnie mogą się kiedyś zachowywać. ;) Tak czy siak, książka jest szalenie odprężająca i – co najlepsze – dotyka niezbyt często poruszanego problemu. Już wiem, po jakiego autora będę sięgać, kiedy będę potrzebowała potężnej dawki optymizmu. Panie Pratchett, suń się pan, konkurencja przyszła. PS Cytat: „Jesteś tak przydatny jak pomoc Microsoftu” na pierdylion procent wejdzie do mojego codziennego języka! ;)