Colorado Kid

Colorado Kid - Stephen King W sumie sama nie wiem, czemu zaczęłam oglądać „Haven”. Początkowe odcinki zupełnie mnie nie wciągnęły. Mimo to zostałam z serialem na tak długo, że doczekałam się już czwartego sezonu. Wszystko wskazuje na to, że dotrwam i do końca. Czemu o tym wspominam? Ano temu, że pomysł na „Haven” został zaczerpnięty właśnie z „Colorado Kida”. Serial, na którym ponoć opiera się książka, fabularnie ma z nią tyle wspólnego, co literatura do pracy magisterskiej z faktyczną jej zawartością. Ktoś sobie wrzucił tytuł do spisu, żeby wyglądało na więcej i poważniej. ;) Ale nie miałam pisać ani o serialu, ani o jego braku podobieństwa do książki. Ciężko jest oceniać „Colorado Kida”, ponieważ zupełnie nic się w nim nie dzieje. Fabuła, o ile możemy w ogóle o takiej mówić, sunie sobie leniwie do przodu i nie za bardzo wiadomo, dokąd zmierza. Po raz pierwszy widzę książkę, w której 120 stron to tak naprawdę 400 stron „odczuwalnych”. Ciężko uwierzyć, że Vince i Dave to dziennikarze. Jeśli artykuły piszą tak samo, jak snują swoje historie, to ich gazeta musi być najnudniejszym brukowcem świata. Raz za razem uwaga czytelnika zostaje rozproszona i oderwana od i tak już mało wciągającej historii. Generalnie nie jest tragicznie (bo Kingowi udało się wykreować dość ciekawy klimat), ale nie za bardzo wiem, czemu miało służyć napisanie i wydanie tej książki. Jeśli ktoś ma ochotę ją kupić, to stanowczo odradzam. Chyba, że ktoś lubi krótkie, otwarte formy. Zaznaczam jednak, że ja – fanka niedopowiedzeń i otwartych zakończeń – czułam po lekturze niedosyt („A komu to potrzebne? A dlaczego?”) i ulgę jednocześnie. Gdyby całość dalej sunęła tym tempem do przodu, nie wiem, czy nie rzuciłabym książki w piź… za okno.