Przynęta

Przynęta - José Carlos Somoza Somoza… Somoza… Nazwisko bezskutecznie kołatało mi po głowie. Świetnie. „Albo znowu bierzesz się za nieznaną nikomu kaszanę, albo kolejny raz wychodzisz na ignorantkę” – myślałam. Tak czy siak, opis książki i mroczna, nieco gotycka okładka zniewoliły moją chcicę czytelniczą na tyle, że musiałam spróbować. Po przebrnięciu przez dość słaby początek, z przyjemnością stwierdziłam, że fabuła zaczęła mnie wciągać. Autor sprytnie igra z czytelnikiem – teoria psynomów zostaje ostatecznie wyjaśniona dopiero w okolicach 2/3 objętości tekstu. Zanim dojdziemy do tego momentu, hiszpański pisarz karmi nas historiami ze świata przynęt, magią tego nie do końca humanitarnego oddziału madryckiej policji i – oczywiście - poszukiwaniami zabójcy. Przyznaję, że pomysł na książkę był fantastyczny. To taki powiew świeżości w kategorii thrillerów. Autor musiał się nieźle naczytać Szekspira i nadziabać tekstu, żeby poskładać to wszystko w całość. Doceniam, chylę czoła i wybaczam nawet te zabawne momenty, kiedy przynęty demonstrują różne maski (bo wątpię, żeby kogoś przeraziły albo podnieciły te wygibasy). Teorię jestem w stanie „łyknąć”, choć niekoniecznie w nią wierzę. Jest wciągająca, inna, niecodzienna. Łatwo jest ją zrozumieć, ponieważ autor posługuje się prostym, „szybkim” językiem. Z tego samego powodu jednak, ciężko jest wyłuskać z powieści jakiś zapadający w pamięć cytat. Na zadumę raczej nie ma tu miejsca. Tym, co dyskwalifikuje „Przynętę” w wyścigu do miana thrillera idealnego jest trochę ubogi klimat. Dzieje się dużo, dzieje się szybko. Niby wszystko ok., ale… chyba po raz pierwszy brakowało mi opisów miejsc akcji. Za każdym razem byłam wrzucana w wir wydarzeń, ale nigdy nie potrafiłam sobie wyobrazić konkretnej sceny. Bohaterowie (wraz z używanymi przez nich przedmiotami) zawieszeni byli w niezdefiniowanej próżni. Zupełnie nie rozumiem, czemu tak niestandardowa i wciągająca historia nie potrafiła działać na moją wyobraźnię. Umysł podpowiadał różne obrazy zakurzonych wnętrz teatralnych, grę świateł i cieni, mroczne zakątki … Ale nie potrafiłam, niestety, odnaleźć się w tych klimatach. Chore były niektóre odczucia bohaterów. Wyobraźcie sobie, że zaginęła najbliższa Wam osoba. Prawdopodobnie nie żyje. W tzw. międzyczasie bierzecie udział w pogrzebie byłej współpracowniczki. Łączy Was z nią głównie ideologia i szacunek do tego, co przeszła. Przyjaźń? Nic z tych rzeczy. O czym myślicie na pogrzebie? Ja podążałabym myślami za zaginioną. Za wszelką cenę starałabym odegnać od siebie myśl, że być może za dzień, dwa, może za tydzień, będę musiała brać udział w kolejnej ceremonii pogrzebowej – znacznie bardziej dla mnie bolesnej. Główna bohaterka natomiast snuje sobie swobodne dywagacje o historii nieboszczki, przebiegu pogrzebu i walce z systemem. Suuuuper. W pewnym momencie w bardzo dziwną stronę zaczynają „iść” zakończenia niektórych wątków. Gdybym stwierdziła, że wszystko przewidziałam, po prostu bym skłamała. Historia jest wielowątkowa i ciężko jest odgadnąć, jak rozwiązane zostaną niektóre kwestie. Jednocześnie jest to jednak wadą książki. To, co miało być nurtem głównym – historia „Widza” – spada sobie gdzieś po drodze na dalszy plan i przez to zakończenie tego wątku nie jest „wybuchem” (a taki stan rzeczy nieco rozczarowuje). Nie podoba mi się też wskrzeszanie „zmarłych” (wyszło to dobrze tylko Christie w „I nie było już nikogo”), podstawianie sobowtórów i epickie przemowy czarnych charakterów tuż przed końcową konfrontacją. Mimo tych - chyba nieco dziwnych - wad (nie wszystkie są bowiem typowe dla thrillerów), „Przynęta” jest bardzo dobrą pozycją, którą spokojnie mogę polecić wszystkim. Misternie utkany szkielet powieści naprawdę zachwyca i pozwala przymknąć oko na kilka mniej lub bardziej przeszkadzających niuansów.