Czarownica z Portobello

Czarownica z Portobello - Paulo Coelho Albo ja się nie nadaję do czytania Coelho, albo Coelho nie nadaje się do czytania w ogóle. Zaczęło się nawet znośnie (nie mylić z „ciekawie”), ale pozytywne zaskoczenie błyskawicznie ustąpiło miejsca bezbrzeżnej nudzie. To było okropne, chociaż i tak lepsze od „Alchemika”. Tak na szybko – „Alchemik” był dla mnie gniotem. Miałam wrażenie, że Kupicha dobrał się z Dodą i spłodzili hiperpodniosły przebój na jedne wakacje. Autor pięknie zabija cały tekst jednym prostym zagraniem – buduje alegorie na kilka stron, a w kolejnym akapicie je tłumaczy. Jedyne miłe wspomnienie związane z tą książką jest takie, że była to pierwsza przeczytana przeze mnie pozycja w języku angielskim i dałam radę. „Czarownica…” jest kapkę dojrzalsza, choć i tak bezsensownie abstrakcyjna. To miło, że historia przedstawiona jest z punktu widzenia wielu osób. Co z tego, skoro ich wypowiedzi nie różnią się stylistycznie. Tam, gdzie miało być duchowo, wyszło groteskowo. Tam, gdzie miało być poważnie, wyszło żałośnie. Im dalej w las, tym czytelnik bardziej umordowany. Gdzie w tym sens? Niektórzy twierdzą, że z czytania książek Coelho się wyrasta. W takim razie ja mam ze sobą problem, bo albo jeszcze do nich nie dorosłam, albo ktoś mnie okradł z okresu beztroskiej fascynacji twórczością autora. Nie, nie i jeszcze raz nie. Wymęczyłam się jak Syzyf i podobnie jak Syzyf zostałam skazana na bezsensowny wysiłek. Z „Czarownicy…” nie da się bowiem wynieść nic istotnego, a sama lektura książki to istna droga przez mękę.