Angelfall

Angelfall  - Jacek Konieczny, Susan Ee Motyw anioła w literaturze kręci mnie od zawsze. Nie potrafię powiedzieć, czemu. Każdy ma jakieś fetysze czytelnicze – mnie przypadł w udziale akurat taki. Z tego właśnie powodu „połknęłam” już w swoim życiu kilka powieści i opowiadań fantasy z przeróżnymi postaciami anielskimi. Może niektórych to zaskoczy, ale nie jest to pierwsza pozycja, w której skrzydlaci są po tej złej stronie. Mało tego – w „Angelfall” roi się od typowych zagrań rodem z amerykańskiego kina, a ja co krok miałam wrażenie, że autorka śmiało zapożycza pomysły z „Amoku” i „Wściekłej krwi” Moody’ego. I co? I zupełnie mi to nie przeszkadzało. Pani Ee (swoją drogą – szczerze współczuję nazwiska) najprawdopodobniej wymieszała w kociołku Panoramiksa kilka wyświechtanych schematów z dużą dozą własnej wyobraźni, splunęła trzy razy przez lewe ramię, odmówiła magiczną formułkę i voilà! Końcowy efekt jest tak zachwycający jak księżna Kate w dniu swojego ślubu. Podobało mi się prawie wszystko. Od lekkiego stylu autorki, poprzez przemyślaną postać głównej bohaterki, na fabule kończąc. Wszystkie składniki tej powieści zostały wyważone w idealnych proporcjach. Po fragmentach pełnych akcji i niepokoju napięcie zostaje rozładowane ironicznymi wypowiedziami bohaterów. Sama Penryn też nie posiada jakichś nadprzyrodzonych umiejętności bądź siły napakowanego marynarza. Wszystkie jej zdolności mają logiczne wytłumaczenie i wiążą się z jej przeszłością lub teraźniejszością. Jedynym słabym punktem książki jest romans między Penryn a Raffem. Niektóre ckliwe wstawki trochę żenowały. Muszę jednak przyznać, że relacja między naszą dwójką rodzi się naprawdę powoli, a Penryn – chociaż musiała wcześnie dojrzeć – JEST nastolatką. Trudno więc oczekiwać od niej zachowań typowych dla 70-cioletnich babć w kontaktach z takim ciachem, jakim – ponoć – jest Raffe. Nie za bardzo wiem, jaka jest grupa docelowa tej serii wydawniczej. Z jednej strony mamy romans rodem z literatury młodzieżowej, z drugiej – sceny iście dantejskie, które mogą nieźle zszokować młodszych odbiorców. Tak czy siak mnie -24-roletniej babce, która powinna teraz czytać literaturę naukową na obronę pracy magisterskiej – bardzo się podobało. Fajne jest to, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Sceny walki? Proszę bardzo. Trochę obyczajówki? Się robi. Nawet ten zalążek romansu znajdzie pewnie swoich fanów. Po prostu żaden z wątków nie jest zbyt nachalny i to zdecydowanie policzyć można jako zaletę. „Angelfall” nie jest żadnym arcydziełem, ale stanowi naprawdę dobrze zaprojektowaną konstrukcję z zakresu literatury rozrywkowej (bo właśnie w tych kategoriach należy tę powieść postrzegać). Książka jest świetna. Wciąga jak ćpun kreskę. Na chwilę obecną nie wyobrażam sobie, żebym kiedyś mogła nie mieć wszystkich trzech (jak to ogłasza wydawca na jednej z ostatnich stron powieści) bądź pięciu (jak sugerują internauci) części cyklu w swojej biblioteczce. Ba, jeśli kolejne tomy będą wyglądać tak samo dobrze jak pierwszy, to bezczelnie ulokuję je w najbardziej wyeksponowanym miejscu na półce. Ot, niech goście zazdroszczą…