Spryciarz z Londynu

Spryciarz z Londynu - Terry Pratchett Jeeeenyyyy, jakiii niesmaaaaaak… Powiedzmy sobie szczerze – Pratchett nigdy nie był mistrzem fabuły. Coś tam się niby działo, ale zazwyczaj nie opowiadana historia była najważniejsza, a rozbrajające reakcje, teksty i przemyślenia bohaterów żyjących w odjechanym, pieczołowicie dopracowanym świecie. Podobnie jest tu, ale chyba jeszcze nigdy przedstawiana historia nie była tak słaba. Autor świetnie przygotował się do napisania książki pod względem merytoryki. Tu jeden historyczny smaczek, tam drugi, a gdzieś zza winkla łypie na nas realna XIX-wieczna postać. Miło. Do tego Dodger… Chyba jedyny bohater w powieści, do którego czytelnik pała pełną sympatią i jest w stanie go sobie zwizualizować. Taki uliczny (a raczej poduliczny) zawadiaka. Na swój sposób nawet cwany, choć w ujmujący sposób. Szkoda, że dane mu było uczestniczyć w tak banalnej, przewidywalnej i żałosnej przygodzie. Jakoś mi się ta cała historia Symplicji kupy „nie czymie”. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo nie chcę nikomu zepsuć zabawy. Ale chyba nawet średnio rozgarnięty jedenastolatek po seansie kilku odcinków Scooby-Doo zauważy, że ciężko jest podłożyć ciało topielca na miejsce ofiary postrzału? Może dlatego, że mówimy już o dość zaawansowanym stanie rozkładu? Autor co prawda skojarzył pod koniec, że coś „nie bangla” i próbował się z tego wyplątać, ale słabo, słabiutko. Może nie byłabym taka rozczarowana, gdyby całość była ładnie opakowana Pratchettową błyskotliwością i przewiązana kokardą z Pratchettowego poczucia humoru. Niet. Wszystkie absurdalne riposty zapadły się pod ziemię (i to głęboko, skoro w kanałach też ich nie było), a z błyskotliwością też wyszło jakoś średnio na jeża. Nie wiem, może jest w tym trochę winy tłumacza (za bardzo przyzwyczaiłam się już do stylu Cholewy, który nigdy nie zawodził). Treść samą w sobie oceniłabym na 4/10 („może być”), ale nie mogę nie wspomnieć o obłędnie obłędnej okładce! Wydawnictwo Rebis ostatnimi czasy naprawdę wstrzeliwuje się w moje poczucie estetyki. Widać, że dopieszczają swoje książki dopóty, dopóki nie otrzymają kompletnego produktu gotowego. I właśnie za te euforystyczne przeżycia wizualno-dotykowe „Spryciarzowi…” daję 5/10. In your faces, fani e-booków*! ;) * No, przecież żaaaarrtooowaaaaałam. ;)