Na końcu tęczy

Na końcu tęczy - Cecelia Ahern Nie. Nie tym razem, pani Ahern. Książka zapowiadała się całkiem przyjemnie. Lekkie pióro autorki i świetne, ironiczne poczucie humoru sprawiają, że „Na końcu tęczy” ma się ochotę pochłonąć w całości już za pierwszym podejściem. Niestety – uczucie to towarzyszy czytelnikowi tylko do połowy objętości książki. Gdyby autorka „ścieśniła” całą historię na 200-stu stronach z kawałkiem, prawdopodobnie nie wynudziłabym się tak pod koniec. Tak, dokładnie tak. Druga połowa powieści to ostra jazda bez trzymanki po równi pochyłej, aż do mdławego, szczęśliwego zakończenia. To nie żaden spoiler. Gdyby cała historia skończyła się inaczej, książka nie miałaby żadnego sensu. Strasznie irytowały mnie też błędy językowe. Bezsensowne powtórzenia to nic w porównaniu z koszmarkiem: „po najmniejszej linii oporu”. „Po LINII NAJMNIEJSZEGO OPORU!” W końcu chodzi o najmniejszy opór, a nie o najmniejszą linię, do ch*lery! Gdzie byli rodzice osób odpowiedzialnych za korektę, „się pytam”?! Mogło być fajnie, a wyszło bardzo przeciętnie. Nie zmienia to jednak faktu, że autorka sprawnie operuje słowem pisanym. Po prostu tym razem przegięła z objętością, wywołując takie uczucie przesytu, jakiego nie ma się nawet po wieczerzy wigilijnej.