Kot w stanie czystym

Kot w stanie czystym - Terry Pratchett, Gray Jolliffe „Kot w stanie czystym”, czyli na co każdy początkujący posiadacz mruczącego sierścia powinien się przygotować. :) Książka jest króciutka i w zasadzie powinno się ją traktować jako ciekawostkę, bo powieścią nie jest i w ogóle jej nie udaje. Fabuły tu nie uświadczymy – całość jest podana w formie poradnika. Ale nie takiego poradnika, nad którym zbiera się grupa fachowców w garniakach i na podstawie burzy mózgów, wieloletnich doświadczeń laboratoryjnych i prac badawczych pisze publikację. Ludzie drodzy, w końcu to Pratchett. :) Autor sobie poironizował, ponarzekał, a miłości do kociego rodu i tak nie udało mu się ukryć. Ba, nawet bezczelnie nie próbował. I dobrze. „Kot…” ma tak słaby i suchy początek, że zupełnie nie nastawiałam się na to, co nastąpiło później. Tymczasem zostałam wciągnięta w koci punkt widzenia do takiego stopnia, że aż się sama sobie dziwię. Do kotów miałam podejście neutralne. Po prostu uwielbiam zwierzaki. Wszystkie. W wojnie psio-kociej (pozdrawiamy Masłowską) nie opowiadam się za żadną ze stron. Po przeczytaniu „Kota...” zaczynam wierzyć, że te miauczące bydlaki mogłyby zapanować nad światem. W pół dnia. Z nudów. Jak jakieś włochate nadistoty, które wpadły na planetę Ziemia na wakacje. Zresztą, kto je tam wie – może faktycznie tak jest. „Kota w stanie czystym” chciałam kupić Mamie na urodziny (jest straszną kociarą), ale stwierdziłam, że nie ma co robić prezentów w ciemno. W końcu nie miałam pojęcia, jaka jest zawartość książki. Teraz sama jestem po lekturze i mogę powiedzieć tylko jedno – co się odwlecze, to nie uciecze. :) Jako podarek dla sympatyków kociaków pozycja sprawdzi się świetnie. A co ze sceptykami? Cóż, jeśli nie przekona ich tekst, na pewno zrobią to rewelacyjne grafiki. :)