Joyland

Joyland - Stephen King Książka straszliwie wciąga (i przez to czyta się ją wręcz ekspresowo), ale jest co najwyżej przeciętna. Przeciętna jako obyczajówka, przeciętna jako kryminał i przeciętna jako opowieść o duchach. Nie chodzi mi o to, że jest słaba – nie, nie. Zastanawia mnie tylko, czy byłby taki szum wokół „Joylandu”, gdyby nie napisał go King. Czuję w kościach, że gdyby rola autora przypadła początkującemu, mało znanemu pisarzowi – powieść przeszłaby bez echa. Trochę drażniły mnie zagrania rodem z kina amerykańskiego. Dokładnie w momencie, kiedy Dev odgaduje tożsamość zabójcy, ten zabójca do niego dzwoni. Wooow, wyżyny telepatii. No i wiecie, że każdy zwyrodnialec musi sobie pogadać przed zabiciem ofiary, prawda? To najważniejszy punkt w etosie psychopatycznych morderców. Z jednej strony powinnam podziękować Biedronce, dzięki której powieść można było kupić za 25 zł. Z drugiej – nie wiem, czy zakup był najszczęśliwszym pomysłem. Jestem bowiem niemal pewna, że do „Joylandu” już nie wrócę. PS Serduszka jako separatory w tekście to najgorszy z możliwych pomysłów. Yuck! Drodzy Wydawcy (i ty, Sabo) – nie idźcie tą drogą!