Mały Książę

Mały Książę - Antoine de Saint-Exupéry Czytane trzykrotnie: - dziecięciem będąc (nie skończyłam, bo nie rozumiałam), - w gimnazjum (skończyłam, przeanalizowałam oraz omówiłam wzdłuż i wszerz, ale jakoś specjalnie nie pokochałam), - jako 24-roletnia babka (żeby zobaczyć, czy tym razem odkryję w książce coś magicznego). I co? I jestem na siebie zła. ;) Byłam przekonana, że napiszę, iż „Mały Książę” był mi najbliższy w wieku gimnazjalnym. Że taka jest grupa docelowa tej książki. A tu proszę – przy ostatnim podejściu czytało mi się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Podczas lektury raz po raz wpadałam w zdumienie. Okazało się, że od czasów gimnazjalnych pozostało mi w pamięci całkiem sporo fragmentów. Jest to dziwne, biorąc pod uwagę moją wcześniejszą obojętność w stosunku do tej pozycji. Tymczasem teraz zrozumiałam więcej, więcej też widziałam, czułam mocniej. Prawda jest taka, że żeby – brzydko mówiąc – wykorzystać tę książkę w stu procentach, trzeba swoje przeżyć, bo inaczej się jej nie doceni. Prawdą jest też, że nie da się przeczytać „Małego Księcia” po łebkach. Jest w książce coś takiego, co wręcz nakazuje zwolnić i zastanowić się nad lekturą. Nawet, jeśli akurat mamy fragment z tak banalnym przesłaniem, że aż zęby bolą (o innych częściach ciała nie wspominając), to jest ono podane w wyjątkowo zjadliwej formie. Bardziej bajkowo niż pompatycznie. I dlatego właśnie wolę „Małego Księcia” chociażby od pisanego napuszonym językiem „Alchemika”. Parafrazując: „Możliwe więc, że jestem raczej niepodobna do dorosłych. Jeszcze się prawdopodobnie nie zestarzałam.” ;)