Testament

Testament - John Grisham Mało „Grishamowy” Grisham. Niewiele w tym wszystkim prawa, więcej fragmentów rodem z literatury podróżniczej i trochę wstawek refleksyjno-moralizatorskich. Cała zabawa zaczyna się w momencie, kiedy Troy Phelan, właściciel gigantycznego wręcz majątku, podpisuje własnoręcznie spisany testament (unieważniając wszystkie wcześniejsze, spisane z pomocą prawnika), po czym wyskakuje z wieżowca, popełniając samobójstwo. Na monetki mają chrapkę nie tylko 3 żony miliardera, ale też jego najbliżsi pracownicy. Tymczasem Troy robi wszystkich w bambuko. Po tym dość intrygującym wstępie mamy fabularne rozgałęzienie. Jesteśmy przerzucani między poczynaniami Nate’a, próbującego znaleźć spadkobierczynię w jakiejś brazylijskiej wiosce, a rozpaczliwie walczącymi o bogactwo członkami rodziny Troy’a. O ile drugi z wątków był dość ciekawy (chociaż bohaterów było zdecydowanie zbyt wielu – w końcu całkiem pogubiłam się w gąszczu imion i nazwisk), o tyle pierwszy całkiem mnie wymęczył. Nate podróżuje różnymi środkami transportu i za każdym razem musi się stać jakaś katastrofa. A to burza, a to choroba, a to bycie o włos od zatonięcia… No ludzie drodzy, co to ma być, podróżniczy czyściec? Nawet jeśli, to można było chłopu trochę tych przeżyć darować. Trzeba jednak przyznać, że rewelacyjne przesłuchania pod koniec i świetne zakończenie ratują sprawę. Podsumowując – nie do końca jest to ten Grisham, którego najbardziej lubię. Nie oznacza to jednak, że książka jest zła. Nic z tych rzeczy. Wszystko zależy od tego, czego czytelnik oczekuje od powieści. Jeśli tej całej magicznej otoczki, którą autor potrafi roztaczać wokół świata prawniczego, to może być problem. Jeżeli jednak odbiorca liczy przede wszystkim na porządne, niegłupie czytadło, to polecam, jak najbardziej polecam.