Zniknięcie słonia

Zniknięcie słonia - Haruki Murakami Z autorem spotkałam się wcześniej tylko raz. Pamiętam, że „Po zmierzchu” trochę mnie rozczarowało. Co sądzę o „Zniknięciu słonia”? Cóż, prawda jest taka, że… nie wiem. Za dużo w tym wszystkim absurdu, za dużo abstrakcji. Nie będę czarować - część opowiadań zrozumiałam, innych nie potrafiłam za nic zinterpretować. Może się już starzeję, a może kultura azjatycka jest czymś, czego w życiu nie pojmę. Być może istnieją tez inne powody, ale nie jestem aż tak zdesperowana, żeby teraz podejmować rozpaczliwe próby identyfikacji tychże. „Zniknięcie słonia” momentami dość silnie kojarzyło mi się z „Moim pierwszym samobójstwem…” Pilcha. I… i… no kurczę – skoro Pilch nie jest u nas powszechnie znany i uwielbiany, to jakim cudem jest taki Murakami? Osobiście było mi łatwiej zrozumieć teksty „z naszego podwórka”, a i surrealizmu u Pilcha jakby mniej. Zastanawiam się, czy ogromną rolę odegrał tu marketing, czy faktycznie przegapiłam jakieś wielkie prawdy i idee płynące z opowiadań Japończyka. Teksty Murakamiego czyta się jednak bardzo szybko. To, że momentami są strasznie „odjechane” nie ma tu żadnego znaczenia. O ile sposób pisania w „Po zmierzchu” w ogóle nie przypadł mi do gustu, o tyle w „Zniknięciu słonia” można już mówić o świetniej współpracy między autorem a tłumaczką. Efekty ich pracy są bardzo „zjadliwe”. Nie zmienia to faktu, że opowiadania w zbiorze były dla mnie najzwyczajniej w świecie przeciętne (przy założeniu, że jest to ocena uśredniona). Jest jednak w książkach Murakamiego coś, co przyciąga, a co jednocześnie ciężko jest zdefiniować. Jedno oczko wyżej za ten nieuchwytny pierwiastek właśnie, a także za przepiękne wydanie. Pewnie strasznie się narażę fanom autora, ale w całej książce najbardziej podobała mi się okładka. Przynajmniej ona trafiła do mnie w stu procentach.