Mort

Mort - Terry Pratchett Moje czwarte i najprzyjemniejsze jak dotąd spotkanie ze „Światem Dysku”. Jakież piękne panopticum postaci mamy w tej części! Śmierć wraz ze swym koniem Pimpusiem, kołatka z zapędami masochistycznymi oraz mag Cutwell, który lubi sobie podjeść. Nie mam pojęcia, jak autor zmieścił całą garść tak wyrazistych osobowości literackich na około 260-ciu stronach, ale poradził sobie świetnie. Ponadto czytelnik nie czuje się przytłoczony obecnością całej tej wesołej gromadki, co jest niewątpliwym plusem powieści. Pratchett tak umiejętnie czaruje swymi błyskotliwymi tekstami, że zupełnie obojętne były mi błędy logiczne występujące w książce. Nie oznacza to jednak, że ich nie zauważyłam. Z jednej strony „Zmiana losu choćby jednego człowieka może zniszczyć świat”, ale z drugiej „Ludzie nie zmieniają historii, tak jak ptaki nie zmieniają nieba”. Wiem, wiem – da się dorobić do tego całą ideologię, dzięki której można by było połączyć i zazębić oba te cytaty, aczkolwiek na pierwszy rzut oka są one sprzeczne i po prostu się wykluczają. Fabuła w sumie też nie porywa. Od głównego wątku ciekawsza jest misternie utkana wokół niego otoczka. Autor ma talent do detali, co sprawia, że jego książki są po prostu dopracowane, „pełne”. Czytelnik czuje, że otrzymał produkt skończony i wymuskany przez „rzemieślnika”. Nie sposób tego nie docenić. Krótko mówiąc – Pratchett serwuje nam odpowiednio wyważoną dawkę dobrej, choć mało wymagającej lektury. Nie oznacza to jednak, że książka jest infantylna – nic z tych rzeczy! Gdzieś między jednym a drugim powodem do uśmiechu, czai się miejsce na chwilę refleksji. Dlatego też warto poświęcić „Mortowi” choć odrobinę naszego czasu.