Równoumagicznienie

Równoumagicznienie - Terry Pratchett Moje trzecie i zarazem najnudniejsze spotkanie z twórczością Pratchetta. Niby fajnie, niby autor wziął się za poważny temat (równouprawnienie!), który - z właściwą sobie lekkością - przyjemnie oszlifował… Co w takim razie „nie bangla”? Jakieś to wszystko… mało wciągające. W tej części nie uświadczymy bohaterów, którzy w „Kolorze magii” i „Blasku fantastycznym” tak bardzo przyzwyczaili do siebie czytelnika. Nowe postacie wydają się być zdecydowanie mniej barwne, a i sam Świat Dysku (rozumiany jako uniwersum) niczym nowym nie zaskakuje. Fabuła nie jest niestety tak rewelacyjna, jak by sobie tego życzył odbiorca (a przynajmniej ja). Pratchett to jednak Pratchett. Ucząc, bawi. Bawiąc, uczy. Kiedy przestaniemy traktować „Równoumagicznienie” jako jeden wielki pastisz, możemy wyciągnąć z niego naprawdę mądre wnioski. I to nie tylko te dotyczące relacji na linii kobieta-mężczyzna. PS Mówcie co chcecie, ale polski tytuł tej książki to dla mnie wirtuozeria przekładu. Zaczynam mieć słabość do talentu pana Cholewy. I zupełnie mnie nie obchodzi, czy to źle w opinii publicznej, czy dobrze. ;)