Czwarty kąt trójkąta

Czwarty kąt trójkąta - Ewa Siarkiewicz Już, JUŻ mi się wydawało, że książka naprawdę mi się spodoba. Że trafiłam na przesympatyczną, ale nie głupiutką literaturę kobiecą. O matulu, jaka byłam naiwna… Po przedstawieniu rodzinki i jej sytuacji, pani Siarkiewicz zaczyna wprowadzać wątek kryminalny. Miło. Jednak już po chwili autorka spycha go na dalszy plan (a nawet zmiata pod dywan), żeby wydobyć to, co w książkach dla pań najbardziej charakterystyczne – romanse, erotykę, ciuchy i patologiczne relacje rodzinne. Cóż za zaskoczenie, naprawdę. Przy okazji – zapewniam Was, że kiedy w utworze pojawi się czarny charakter, od razu będziecie wiedzieć, że to on za wszystkim stoi. Zero niespodzianki. Czemu? Ano dlatego, że niespodzianki z założenia nie przewidywano. Mam wrażenie, że „rodzinna tajemnica” i „zemsta” zostały wrzucone do książki nadprogramowo. Nie wiem, czy miał to być eksperyment, czy chwyt marketingowy – ja wątku kryminalnego w tej książce nie kupuję. Widać, że autorka sprawnie radzi sobie z literaturą kobiecą (nie patrząc już nawet na to, czy takie książki lubię, czy nie) i przy tej stylistyce powinna pozostać. Jednego jednak książce odmówić nie można. Świetnie nakreślone zostały postacie. Naprawdę. Wywołujący emocje, realistyczni bohaterowie bez problemu zyskują sympatię czytelnika. Nieważne, że każda z postaci jest inna. Ma się ochotę zaprosić wszystkie na popołudniową kawkę i przegadać z nimi cały wieczór. Bo czują, myślą i mają własne problemy. A także poglądy, mniej lub bardziej wyraziste. I za tę właśnie wesołą gromadkę (oraz za dość wciągający styl pisania pani Siarkiewicz) zasłużone 5/10.