Chimeryczny lokator

Chimeryczny lokator - Roland Topor Moje pierwsze spotkanie z audiobookiem. Nie za bardzo wiem, jak to-to oceniać, więc pozwolę sobie opinię podzielić na dwa bloki. 1. Audiobook Nie lubię, jak mi ktoś czyta. No nie lubię. Cała radość czytania polega na chłonięciu wzrokiem literek. Magia znika, kiedy nie możesz sobie wyobrazić, jaką barwę głosu ma główny bohater. Bo w audiobooku, siłą rzeczy, musi mieć barwę głosu lektora (jak zresztą wszystkie postacie). Tymczasem aktor raczej mnie nie przekonał. Sposób czytania po prostu mnie drażnił. A to monotonnie, a to beznamiętnie, a to na siłę przejaskrawiając emocje. Chociaż dało się momentami słyszeć, że książkę po prostu „czuł”, to raczej nie przekazał jej treści tak, żebym padła przed nim na kolana. 2. Treść książki Ostatnią rzeczą, jaką można zarzucić „Chimerycznemu lokatorowi”, jest wtórność. Dawno, oj, dawno nie miałam do czynienia z tak psychodeliczną pozycją. Zupełnie tak, jakby ktoś w kociołku Panoramiksa zmiksował cztery łyżki Kafki (silne skojarzenia z „Procesem”), pół szklanki Dostojewskiego („Zbrodnia i kara”!), po czym całość doprawił potężną dawką naturalizmu. Gdyby nie te ohydne, naturalistyczne wstawki właśnie (ile można.. no ile..), to byłabym pozycją zachwycona. Początek powieści w żadnym wypadku nie zapowiadał tego, jak przyciągająca i hipnotyzująca będzie opowiadana historia. A końcówka to już w ogóle piękna zabawa umysłem czytelnika. Poczułam się intelektualnie i emocjonalnie zniszczona przez Topora, po czym masochistycznie stwierdziłam, że chcę więcej i na jednym spotkaniu z twórczością pisarza nie poprzestanę. Generalnie z „Chimerycznym…” jest tak, że książkę do poczytania bardzo polecam (i nie zrażać mi się, proszę, początkiem), za to do konwencji audiobooka jeszcze długo się nie przekonam. Chyba że mi Fronczewski z Czubówną zaprezentują jakąś lektorską wirtuozerię.