Kolor magii

Kolor magii - Terry Pratchett -Cześć, jestem Magda… -Cześć, Magda! -Zgłosiłam się do tej grupy wsparcia, ponieważ mam problem… -Jak my wszyscy, nie przejmuj się! -Mój problem polega na tym, że chociaż uparcie twierdzę, iż fantastyka to nie moja bajka, to coraz częściej po nią sięgam. -Oooooh, wspieramy! Ile czasu wzbraniałam się przed Pratchettem, wie tylko mój współlokator. ;) Namawiał, polecał, zachęcał. Nic z tego. A tu nagle bach – jestem po lekturze „Koloru magii” i bezwstydnie przyznam, że mam potężną ochotę na więcej. Autor zdobył mnie swoim poczuciem humoru. Nie pękałam ze śmiechu, nie tarzałam się po kanapie. Jest jednak w pierwszej części „Świata Dysku” coś ujmującego. Książka po prostu pakuje w czytelnika potężny ładunek dobrego samopoczucia. Pratchett bawi subtelnie. „Kolor magii” nie jest naszpikowany ciężkimi ripostami ani nachalnymi żarcikami. Tu humor wisi w powietrzu i powoli się rozprzestrzenia. Spodobał mi się też wykreowany przez autora świat. Pisarzowi udało się „nie przekombinować”, co bardzo sobie cenię w fantastyce. Jest uniwersum, ma ono swoje prawa i całość jakoś trzyma się, kolokwialnie mówiąc, kupy. Czegóż chcieć więcej? A że od czasu do czasu pojawi się jakiś smaczek w postaci nowego koloru albo innych zasad fizyki? Bomba. Potrzebowałam lekkiej, sympatycznej lektury. Takiej, która nie będzie ode mnie dużo wymagać, ale jednocześnie nie sprawi, że poczuję się kretynką do kwadratu. „Kolor magii” był strzałem w dziesiątkę. Mam nadzieję, że kolejne części serii będą jeszcze lepsze. Bo na jednej na pewno nie poprzestanę.