Juliet, naga

Juliet, naga - Nick Hornby Początek tej pozycji był tak bardzo przeciętny, że chyba tylko moja naczelna zasada „co by się nie działo, doczytaj do końca” trzymała mnie przy lekturze. Czy żałuję? Nie. Powieść, po tej nieudanej rozgrzewce, stała się nawet… sympatyczna. Jeśli ktokolwiek, sięgając po „Juliet, nagą” liczy na to, że bierze się za arcydzieło literatury światowej, to po prostu strasznie się rozczaruje. Historia spłodzona przez Hornby’ego nie zapiera dechu w piersiach i nie wraca do umysłu czytelnika po nocach, nie pozwalając mu spać. Ale jest w niej coś, co po prostu… nie odrzuca. Istnieją książki, które przyciągają czytelnika swym magnetyzmem i magią. Są też takie, które stają się nam całkiem obojętne. Inne natomiast już po kilku zdaniach lądują z powrotem na półce. „Juliet, naga” jest przedziwnym tworem biegającym sobie slalomem między pierwszą a drugą grupą. To moja druga (po „Długiej drodze w dół”) książka tego autora i zdążyłam zauważyć bardzo ciekawą rzecz. Hornby w sposób niemalże beznamiętny pisze o sprawach, które zmieniają całe życie bohaterów. Człowiek dopiero przy ostatnich stronach łapie się na tym, że – hej! – rozumie jednak decyzje i stany postaci. Współczuje im, cieszy się razem z nimi… Jak? Jakim cudem? Gdzie pochowały się te wszystkie emocje, które MUSIAŁY być przekazane, skoro czytelnik akceptuje sylwetki bohaterów, być może z nimi sympatyzuje, a nawet się utożsamia? Autor „przemyca” odczucia między kolejnymi akapitami podstępnie i nienachlanie. Czy to plus? Nie wiem. Z jednej strony czytelnik nie zostaje emocjonalnie „przyparty do muru”. Sam decyduje o tym, co ma czuć i jaki stopień nasilenia te uczucia mają mieć. Z drugiej jednak – po lekturze czuje się pewien niedosyt i niepewność. Czy dobrze zrozumiałam treść? Gdzie jakieś wielkie „BUM!”? To już? Wszystko? Tak po prostu? Takie „zakończenia, ale jednak nie zakończenia” to druga cecha typowa dla Hornby’ego. Mam wrażenie, że jego książki nie zaczynają się i nie kończą. Zupełnie tak, jakby ktoś ze stanowiącej jeden długi i spójny tekst biografii bohaterów wyciachał kawałek i go opublikował. Nie mam na myśli niczego „egzotycznego” - formalnie w książkach autora mamy normalny wstęp, zwykłe rozwinięcie i standardowe zakończenie. Ale mimo wszystko, jeśli sięgniecie po "Długą drogę..." czy "Juliet", przekonacie się, że ich budowa jakoś wymyka się z klasycznej budowy powieści i stanowi poniekąd otwartą kompozycję, która niekoniecznie się sprawdza w każdym przypadku. Podsumowując – „Juliet, naga” na pierwszy rzut oka faktycznie może się wydawać naga w emocje i kunszt literacki autora. Wystarczy jednak dać książce szansę, a okaże się całkiem przyzwoitym czytadłem, z którego „COŚ” można wynieść. Szczerze? Nie mam pojęcia, co. Nie podjęłabym się próby skonstruowania jedynego słusznego morału (bo można stworzyć ich wiele, ale żaden nie będzie w stu procentach trafny). Tymczasem „Juliet” najpierw przygnębia czytelnika swym sennym, mało emocjonalnym klimatem, by na końcu klepnąć go krzepiąco w plecy. I to klepnięcie – nie wiedzieć czemu – po prostu autorowi wyszło.