Przymus

Przymus - Keith Ablow Cebula ma warstwy, Shrek ma warstwy, pliki graficzne mają warstwy… Jak się okazuje - „Przymus” też swoje warstwy ma. Bierzesz książkę do ręki i zaczynasz czytać. Najpierw widzisz sam „wierzch”, górną warstwę, czyli początek. Jak prezentuje się ogólny zarys naszej historii? Ano… Nieciekawie. Schematyczny, momentami wręcz odpychający główny bohater. Kiedyś kochał, ale jego druga połówka zapadała na chorobę psychiczną. Od tego czasu towarzystwa dotrzymuje mu wiele kobiet. Najczęściej w łóżku. Biednemu chłopinie szykuje się powrót do psychiatrii sądowej. A przecież nie chce! Przecież się zapiera! Ale że przyjacielowi się nie odmawia (a zwłaszcza takiemu pracującemu w policji), to za wielkiego wyboru nie ma. Siłą rzeczy wplątuje się w sprawę zabójstwa maleńkiej córki niejakiego Darwina Bishopa – aroganckiego bogacza. Nie brzmi zachęcająco, prawda? Ale że czytelnik cierpliwy jest, łaskawy jest, nie unosi się pychą, to brnie dalej. Po kilkudziesięciu stronach zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Ablow zręcznie przedstawia nam kolejnych członków rodziny Bishopów. Każde z nich jest niezwykle barwne. Każde może mijać się z prawdą w swoich zeznaniach. Co najważniejsze – każde ma również motyw do zamordowania małej Brooke. Jeśli chodzi o głównego bohatera, to mogą nastąpić dwie opcje. Albo czytelnik całkiem go znienawidzi (bo uzna wytłumaczenie jego zachowań na pierdołowate i banalne), albo zacznie patrzeć na niego przychylnym okiem (ponieważ jakaś argumentacja jednak istnieje). Pewne jest jednak to, że Frank przestaje być nam obojętny. Może dlatego, że ujawnia czytelnikowi wiele informacji na temat swojej przeszłości, swoich odczuć, a nawet swych „ułomności”. Im więcej wiemy o danej osobie, tym mniej obojętna się nam staje. Tak samo jest z bohaterami literackimi. Brawo, panie Ablow. Plus za to zagranie. Dobre wrażenie nie trwa jednak długo, bo już za moment wszystko zaczyna się literacko sypać. Bohaterowie nagle stają się skrajnymi idiotami, co widać po ich zachowaniach. Epidemii tej głupoty nie opiera się nawet Frank. Aż do samego finiszu byłam dosłownie zażenowana całą historią, która przecież już zaczynała zapowiadać się naprawdę ciekawie. Czy zakończenie da się przewidzieć? Pewnie się i da. Jest o tyle trudniej, że autor umiejętnie (?) przerzuca podejrzenia z jednego członka rodziny Bishopów na drugiego. Nie ma to jednak większego sensu, bo prawda jest taka, że czytelnik pod koniec jest już tak zmęczony książką, że jest mu całkowicie obojętne, kto zabił małą Brooke. Podsumowując: dawno nie czytałam tak „nierównej” książki. I chociaż przez moment naprawdę myślałam, że Keith Ablow powędruje do grona pisarzy, którym poświęcę więcej uwagi, teraz już wiem, że raczej tak nie będzie. Po co marnować czas na coś, co zachwyca nas tylko połowicznie? Tyle jest DOBRYCH (od A do Z) książek do przeczytania, a tak mało czasu… ;)