Apelacja

Apelacja - John Grisham Wiecie, co może zrobić wydawnictwo, żeby absolutnie nikt nie kupił wydanej przez nie książki? Na przykład wrzucić na okładkę taki opis: „Młody uczciwy prawnik, gigantyczne pieniądze, makiaweliczna manipulacja i wszystko zakończone szokującym finałem”. Brawo, Amber. Rządzicie. Stworzyliście uniwersalną, nic nie mówiącą deskrypcję, która pasuje do niemal każdej powieści Grishama. Gdyby nie to, że mój osobisty rodziciel jest fanem autora, w życiu nie sięgnęłabym po „Apelację”. A tak – sięgnęłam. Czy żałuję? Cóż – Grisham to Grisham. Mało który autor potrafi wziąć w swoje łapy strasznie nudny dla mnie temat i przedstawić go tak, że po kilkunastu stronach zupełnie zapominam o swoich wcześniejszych uprzedzeniach. Lubię tego pisarza za pewną… stabilność stylistyczną. Jeszcze nie odkryłam, jakich zaklęć użył, żeby przelać na mnie całą magię środowiska prawniczego, ale podczas lektury „Apelacji” zupełnie się w tym środowisku zatopiłam. Tak samo zresztą, jak przy wcześniejszych moich spotkaniach z powieściami autora. Jest jednak coś, co wyraźnie odróżnia „Apelację” od pozostałych przeczytanych przeze mnie „Grishamowych tworów” - prawdziwe fajerwerki na końcu. Zakończenie jest mocne, nieprzewidywalne i w oczywisty sposób rozwiązuje wszystkie wątki. Palce lizać, naprawdę. Szkoda tylko, że zanim dojdziemy do tego spektakularnego finału, musimy męczyć się z nierównym „tempem” powieści. Niektóre partie tekstu po prostu nużą. Czasem miałam wrażenie, że autor stopniowo owija mnie w wielki, szary kokon bezbrzeżnej nudy. Na szczęście fragmentów takich jest niewiele, a książkę z czystym sumieniem mogę polecić nawet tym, którzy kontakty z sądowym bełkotem traktują jak zło konieczne. ;)