Emma i ja

Emma i ja - Elizabeth Flock Literacka kutia. Niby smaczne, ale jakoś za bardzo namieszane. Pierwsza połowa powieści po prostu mnie odrzucała. To tak, jakby „Dzieci z Bullerbyn” wzbogacić o sceny patologiczne. Dziecięca naiwność przeplata się z różnymi dewiacjami. Zabieg celowy, ale – niestety – przeze mnie nieprzyswajalny. Trochę słodyczy, dużo szoku. Pewnie właśnie tak rzeczywistość jest odbierana przez dzieci z rodzin patologicznych. Mimo wszystko, do mnie nie trafiło. W drugiej połowie meczu wreszcie zaczyna się coś dziać. ;) Opowieść staje się spójna, a nawet zaczyna się zawiązywać spodziewane jej zakończenie. No właśnie. Spodziewane. Królestwo z rzędem, pół królewny i rękę konia temu, kto dokładnie przewidzi losy sióstr. Droga pani Flock – przyznaję, ostatecznie mnie pani zaskoczyła. Rozwiązanie wątku Emmy nie jest wprawdzie niczym nowym w literaturze i sztuce, ale tym razem nie spodziewałam się tak silnego uderzenia. Może dlatego, że cała droga prowadząca do finiszu jest najzwyczajniej w świecie… nudna. Tak, przykro mi. Zdarzało się, że się wyłączałam i przelatywałam wzrokiem całe partie tekstu. Po ocknięciu okazywało się, że nic istotnego fabularnie nie straciłam. Dlatego też w mojej opinii „Emmie…” należą się 4 gwiazdki na 10 i ani grama więcej. Waga przedstawianego problemu – tak, zakończenie – tak, cała reszta – nie, nie, nie (po trzykroć). Cały bajer polega na tym, że nie wystarczy tylko zaszokować czytelnika. Trzeba jeszcze zrobić to umiejętnie.