Igrzyska śmierci

Igrzyska śmierci - Suzanne  Collins Jak na współczesną literaturę młodzieżową – cacy. Mamy ciekawe i różnorodne uniwersum. Mamy barwne, przyciągające uwagę postacie. Najważniejsze jest jednak to, że mamy też świetną fabułę. Nie ukrywam, że historia serwowana nam przez autorkę po prostu mnie zaciekawiła. Jest w niej coś z Orwella („Rok 1984”), coś z Goldinga („Władca much”) i coś z Kinga („Wielki marsz”). Słowem – czerpiemy garściami z tytułów, które powinien przeczytać każdy. W „Igrzyskach śmierci” Collins „skacze” sobie po zagadnieniach poruszanych w każdej z wyżej wymienionych powieści. Mimo wszystko czyni to jednak nieco delikatniej i mniej naturalistycznie – ot, w sam raz dla młodzieży. W zasadzie jestem zadowolona, że po erze chłopca z blizną (naprawdę lubię, ale za wiele z cyklu wynieść nie można) i bladych wampirzaków (wytrzymałam zaledwie kilka losowo wybranych stron i drugiej próby nie podejmę) przyszedł czas na trylogię pani Collins. Czemu? Ano temu, że opowieść na pewno nie jest infantylna. Bohaterowie mają jasne określone idee. Wiedzą, z czym walczą. Wiedzą, o co walczą. Za wszelką cenę bronią wartości, które są dla nich najważniejsze. W świecie, gdzie największym zagrożeniem jest wszechogarniający głód, są w stanie pozostać ludźmi. Główna bohaterka jest silna i zaradna. Potrafi poświęcić wszystko, stając w obronie najbliższych. Mam jednak autorce za złe to, że w obliczu uczucia Katniss staje się zagubioną, niedomyślną idiotką. Jest to słabo uargumentowane i nieco zalatuje bohaterkami Meg Cabot. Sporo przyjemności z czytania odbiera styl autorki (albo nieszczęśliwie zrobione tłumaczenie). Ubogie opisy przeżyć wewnętrznych i zbyt oczywiste wtrącenia sprawiają, że – jako czytelniczka – poczułam się nieco niedoceniona. Ok., ciągle mówimy o powieści młodzieżowej, ale strzelam, że każdy średnio rozgarnięty nastolatek byłby w stanie strawić kilka zdań złożonych więcej. Nie obraziłabym się również za używanie synonimów i specjalistycznego słownictwa (łowiectwo!). Jeśli chodzi o ogólną ocenę, to ja – stara, 23-letnia baba – stwierdzam, że „Igrzyska śmierci” naprawdę są bardzo dobre. Mało tego – skuszę się na dokończenie serii. Fanką na pewno nie będę, bo i lata nie te, i romantyczne wątki (na które zanosi się w kolejnych częściach) jakoś mnie nie kręcą. Jeśli jednak ktoś z Was będzie miał okazję rozmawiać kiedyś z panią Collins, klepnijcie ją ode mnie po plecach i przekażcie, że odwaliła kawał dobrej roboty. ;)