Chemia śmierci

Chemia śmierci - Simon Beckett - Lubisz thrillery? Przeczytaj Becketta! – mówili. - „Chemia śmierci” jest świetna! – mówili. - Jeśli coś jest uwielbiane przez wszystkich, to mnie się na pewno nie spodoba – mówiłam ja. Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo się mylę. W swym uporze trwałam i trwałam, aż tu nagle Matras zwabił mnie swoją promocją. Skuszona stosunkowo niską ceną za dość pokaźną ilość stron, zmiękłam niemal natychmiastowo. „No cóż, panie Beckett. Czas poznać się nieco bliżej” – pomyślałam, po czym pokicałam ochoczo do kasy. Mówi się, że najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Nasze początki raczej nie były udane. „Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci.” – naaaprawdęęęę? To tym wszyscy się tak podniecali? TO miał być ten osławiony wstęp? Każde kolejne zdanie rozdziału pierwszego utwierdzało mnie tylko w tym, że autor bardzo sprawnie posługuje się słowem pisanym, jednak raczej nie będzie w stanie przykuć mojej uwagi na dłużej. Ale wtedy zaczął się kolejny rozdział. I kolejny. I jeszcze jeden. Aż w końcu, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, na którejś z kartek przywitało mnie słowo „epilog”. Pisząc te słowa, dzień po lekturze „Chemii śmierci”, o autorze mogę powiedzieć jedno: gość jest diabelnie dobry. Żeby było jasne – nie rozpłynę się teraz w „ochach” i „achach”. Nie. Moim zdaniem książka trzyma bardzo nierówny poziom. O ile od rozdziału drugiego akcja szybko i sprawnie się rozkręca, o tyle po zawiązaniu się wątku romantycznego wszystko zaczyna się staczać po równi pochyłej. Powoli i dostojnie, ale – siłą rzeczy – w dół. Mogłabym wymienić całą serię zabiegów, które po prostu mnie zirytowały. Czemu? Temu, że to wszystko już było! Na nieszczęście autora czytałam dużo wcześniej „Otchłań zła” Chattama. Nie będę się bawić w rozstrzyganie, który z panów ściągał od drugiego, ale podobieństw fabularnych jest bardzo wiele. Pozycje nie są identyczne, aczkolwiek powiązania między nimi są bardzo silne. Nawet, jeśli to czysty przypadek (a może tak być), to i tak nieco mnie to zmęczyło. Gdybym chciała drugi raz przeczytać „Otchłań zła”, po prostu sięgnęłabym po „Otchłań zła”, nie po „Chemię śmierci” – logiczne, prawda? Poza tym apel do pisarzy. Czy wszystkie niepotrzebne postacie muszą ginąć w wypadkach samochodowych? No ludzie. Nawet w tej chwili jestem w stanie wymyślić z kilkanaście SENSOWNYCH sposobów na to, jak można się pozbyć postaci fikcyjnej. A pisarzem nie jestem i nic nie wskazuje na to, że kiedykolwiek nim zostanę. Przyznać jednak trzeba, że – mimo kilku wad czy też uciążliwości - książka jest bardzo dobra. Beckett zastosował kilka zgrabnych chwytów literackich (mnie urzekło m.in. to, jak trafnie dobierane są momenty, w których poznajemy bliżej niektórych bohaterów) i przemycił do powieści sporo tajników wiedzy z zakresu antropologii sądowej. Chwała mu za to. Dzięki temu od książki nie da się oderwać. Fabuła prze i prze do przodu, nagle leniwie spowalnia, by już za chwilę porwać czytelnika razem ze sobą. Beckett świetnie kontroluje emocje zarówno bohaterów, jak i samego odbiorcy. Zakończeniem co prawda jakoś strasznie mnie nie zaskoczył (nie ukrywam, że „wstrzeliło się” w jedno z kilku przeze mnie przewidzianych), ale jestem pewna, że znajdzie się spora grupa odbiorców, która za nic w świecie czegoś takiego się nie spodziewała. Dawno, oj, dawno nie czytałam tak dobrego thrillera. Lektura „Chemii śmierci” na pewno nie była czasem zmarnowanym. Na koniec powiem tylko, że jestem zła na siebie. I to porządnie zła. Kupiłam kieszonkowe wydanie „Chemii śmierci”, tymczasem mam ochotę zakupić wszystkie pozostałe części serii. Wydawca zrobił mi jednak „żarcik” i wypuścił w małym formacie tylko pierwszą z nich. Drogie wydawnictwo AMBER – cios w serce! To przez Was będę miała chaos w biblioteczce! Ale wiecie co? Wybaczam Wam. Tak samo, jak wybaczam autorowi tych kilka wyświechtanych motywów i oklepanych schematów. Bo jeśli danie jest podane wyśmienicie, to człowiekowi jakby mniej żal, że jadł je już wczoraj i przedwczoraj.