Kwiaty na poddaszu

Kwiaty na poddaszu - Virginia Cleo Andrews Zastanawialiście się kiedyś, na czym polega fenomen Harry’ego Pottera? Nie chodzi przecież o bohaterów – ot, zwykli nastolatkowe, choć o niezwykłych zdolnościach. Trochę lepiej jest już z uniwersum. Nie zapominajmy jednak, że świata czarów, zaklęć, wiedźm, czarodziejów i magicznych stworzeń Rowling nie stworzyła sama, a zaledwie „uporządkowała” funkcjonujące do tej pory w różnych kulturach legendy i baśnie. Nie za dobrze jest też z przesłaniem serii. Zaskakuje Was to, że dobro zawsze zwycięża? Albo że przyjaciele i rodzina są w naszym życiu najważniejsi? Każdy to wie, każdy to rozumie. Dlaczego więc Harry zdobył serca tylu fanów na całym świecie? Coraz częściej wydaje mi się, że o sukcesie książek związanych z postacią młodego czarodzieja zadecydował język, w jakim autorka starała się przekazać swoją opowieść odbiorcom. Proste zdania, niewyszukane słownictwo, kolokwializmy… To wszystko sprawiło jednak, że od przygód chłopca z blizną na czole potwornie ciężko było się oderwać. Podobnie jest w przypadku „Kwiatów na poddaszu”. Chociaż Andrews nie wtrąca do swojej powieści beztroskich żarcików o wymiotowaniu bądź obślizgłych stworzonkach, jak to lubi czynić Rowling, wyraźnie widać, że nie ma ochoty na zabawę w wyszukane formy literackie. Jeśli z chęcią pochłonęlibyście kawałek dobrej, filozoficzno-refleksyjnej lektury, to z pewnością trafiliście pod zły adres. Budowa zdań jest prosta, słowa – też, a ich znaczenie raczej pozbawione jest drugiego dna. Gołym okiem widać, że język, w jakim zostały napisane „Kwiaty…”, miał po prostu „przerzucać” czytelnika na kolejne strony książki. Tym zaś, co miało odbiorcę do powieści przyciągnąć, był skandal. Teraz możecie mnie zlinczować. Uważam bowiem, że to, co w tej powieści najbardziej charakterystyczne, a więc szokująca więź między bratem a siostrą, zostało wrzucone do fabuły jakby na siłę. Historia mogłaby świetnie funkcjonować bez żadnych erotycznych scen między rodzeństwem. Wtedy jednak „Kwiaty…” byłyby po prostu bajką dla dzieci. Może zbyt upiorną, prawdopodobnie nazbyt mroczną – ale jednak bajką. Zbyt wiele jest w całej historii zdarzeń, które raczej nie miałyby prawa zaistnieć w rzeczywistości. Podobnie z zachowaniami niektórych postaci. Absolutnie „papierową” bohaterką jest matka dzieci. Najpierw autorka przedstawia ją jako wzór cnót wszelakich, później – coraz bardziej ją demonizuje. Ze wzorowej pani domu kobieta nagle przeistacza się w infantylnego, ale chytrego i sprzedajnego babsztyla. Przepoczwarzenie bardzo widowiskowe, jednak trochę groteskowe i przejaskrawione. Sama fabuła? Niby cacy, niby trzyma się kupy, niby szokuje, ale coś jest nie tak. Zakończenie? Cóż… Po przeczytaniu „Bez mojej zgody” autorstwa Picoult czułam się wręcz wgnieciona w fotel. Tutaj zaś moja reakcja ograniczyła się do krótkiego: „A jednak…”, po czym rzuciłam książkę na półkę. Nie ukrywam, że po lekturze „Kwiatów na poddaszu” czuję się nieco oszukana. Zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Nie jest to powieść, z której można wynieść coś głębszego. Nie jest to też powieść, którą wskazuje się jako ulubioną i z dumą poleca znajomym – bo i nie ma ku temu powodów. Jest w niej jednak coś, pewien czynnik nienazywalny, który nie pozwalał mi jej odłożyć przed zakończeniem. Możliwe, że było to spowodowane tylko wspomnianym wcześniej stylem autorki. Jedno jest pewne. Jeśli w moje ręce wpadną „Płatki na wietrze”, nie będę się ociągała przed ich przeczytaniem. Zdecydowanie jednak ich nie kupię. Nie jest to bowiem seria na tyle wybitna, żebym chciała wzbogacać o nią swoją biblioteczkę.