Krew władzy

Krew władzy - Ceridwen Dovey Władza to nie tylko dyktatura, wywołująca strach i bezwzględne posłuszeństwo. Nie. To też siła fizyczna, przez którą inni boją się nam przeciwstawić. To wykorzystywanie własnej atrakcyjności w celu zaspokojenia rozbuchanego ego. To świadoma zabawa uczuciami innych. Władzą nad sobą samym jest podejmowanie racjonalnych wyborów życiowych. Ale z drugiej strony – czy poznawanie sekretów innych ludzi i „zamykanie” ich w sobie nie jest również pewnym rodzajem kontroli? Władza ma wiele aspektów. Wiele smaków, odcieni, zapachów… I wszystkimi z nich bombarduje nas „Krew władzy”. Może wyda się Wam to śmieszne, ale tak właśnie widzę trzech głównych bohaterów: Fryzjera, Kucharza i Portrecistę. Jako uosobienia wymienionych wcześniej wrażeń zmysłowych. Fryzjer codziennie ma kontakt z Prezydentem, a później - z Komendantem. Dzień w dzień trzyma nad gardłem władców brzytwę. Mógłby to zakończyć jednym sprawnym ruchem. Jedno cięcie. Tylko tyle. Czemu tego nie robi? Nie musi. Wystarczy mu sam fakt, że MÓGŁBY to zrobić. Ironiczne jest to, że gdyby faktycznie posunąłby się do zabójstwa, jego władza w tym zakresie po prostu by się skończyła. Dlatego póki co panuje nad swoimi klientami poprzez zmysły zapachu i dotyku. Z lekkim rozbawieniem obserwuje zachowania mężczyzn, kiedy masuje im głowę. Wie, że za nic w świecie nie przyznaliby się, iż sprawia im to niemal mistyczną przyjemność. Uzależnia ich od siebie. Zjednuje ich sobie. Włada nimi. Kucharz jednoznacznie wiąże się ze zmysłem smaku. Potrafi wyczarować potrawy, którymi z łatwością zaspokaja wybredne gusta smakowe Największych. Zna się na tym jak mało kto. Czy mógłby zabić? Z łatwością. Wystarczyłoby jedna „przypadkowa” pomyłka, by w daniu znalazła się trująca substancja. Czemu tego nie robi? Podobnie jak w przypadku Fryzjera, władza Kucharza jest tylko potencjalna. Po morderstwie przestałaby istnieć. Kucharzowi wystarcza sam fakt podjadania dań, które przygotowuje dla swoich Przełożonych. Dzięki temu czuje się równie ważny jak oni. Aktem władzy w jego wykonaniu jest także zabijanie skorupiaków. Robi to cicho i bezwzględnie, ale jednocześnie dość brutalnie. Wie, że „ofiary” muszą być zaskoczone w momencie śmierci. I w żaden sposób go to nie brzydzi. Szans na zabicie Prezydenta lub Komendanta nie ma tylko Portrecista. Absurdalne jest jednak to, że być może posiada on największą władzę z całej trójki. To pociągnięcia jego pędzla decydują o tym, jaka pamięć po władcy zostanie zachowana na malowidłach. To właśnie barwy przez niego użyte wpływają na to, czy władca będzie się wyglądał na potężnego i mądrego człowieka, czy przejdzie do historii jako zmęczony, schorowany człowieczek. Portrecista ma moc KREACJI. Niestety – jest zbyt słaby psychicznie, by z niej skorzystać. Cały czas jego myśli biegną bowiem ku żonie, w której jest szaleńczo i bezkrytycznie zakochany. Bardzo duży wpływ na charakter książki ma narracja wieloosobowa, która – nie ukrywajmy – była strzałem w dziesiątkę. Dzięki niej poznajemy sytuację widzianą oczyma różnych bohaterów i ich rodzin. Z rozczarowaniem muszę jednak stwierdzić, że wszystkie te punkty widzenia nie różnią się za bardzo. Owszem, postacie są odmienne pod względem charakteru, wieku, wspomnień… Niestety – wypowiadają się wszystkie w ten sam sposób i autorka zupełnie nie zadała sobie trudu, żeby zróżnicować stylistycznie ich język. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, żeby czterdziestolatek, który ma już dorosłe dziecko i burzliwą przeszłość, używał takich samych słów i tak samo patrzył na świat, co młody mężczyzna, który za chwilę zostanie ojcem. Na minus należałoby również policzyć powieści wątki „genetyczno-romantyczno-związkowe”. Zawirowania rodem z „Mody na sukces” zupełnie nie pasują mi do treści książki. Można było przemycić jedno, góra dwa. Każdy wie, że „tym u władzy” wybacza się więcej i plotkuje się o nich ciszej. Ale nie róbmy z tego taniego melodramatu, błagam. Tak czy siak, apeluję do wszystkich książkoholików, żeby nie spoglądali z wyższością i pogardą na przecenione książki, leżące nieszczęśliwie na paletach. „Krew władzy” znalazłam w jednym z większych hipermarketów i zapłaciłam za nią niecałe sześć nowych polskich złotych. Dajcie takim książkom szansę. Być może nigdy nie zmieniły i nie zmienią świata literatury. Co z tego. Mogą zmienić Wasz. I pamiętajcie - nie trzeba być władcą, żeby mieć władzę. Najskuteczniej rządzą nami ci, za których oddalibyśmy życie. Albo jeszcze więcej.