Łowca autografów

Łowca autografów - Zadie Smith Z „Łowcą autografów” jest tak, że najpierw dajesz się uwieść książce jej specyficznym klimatem, a dopiero potem zastanawiasz się, o czym tak naprawdę ona jest. Gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy i kazał natychmiast powiedzieć, z czym kojarzy mi się „Łowca…”, w pierwszej chwili rzuciłabym: „Z pojmowaniem świata”. Naprawdę. Książka składa się przede wszystkim nie z głównej historii, ale z różnych wspomnień i przemyśleń głównego bohatera… To taka kołdra z patchworku – niby łaty układają się w jakiś konkretny wzór, ale każdy z kawałków materiału jest dość wyraźnym, odrębnym elementem. Tutaj elementami naszej patchworkowej opowieści są te momenty, kiedy Alex percypuje świat. Przyswaja i osadza w sobie słowa, zdarzenia, zapachy, gesty… Jest kolekcjonerem życia, nie tylko autografów. Książka jest też zbiorem rewelacyjnych cytatów. O związkach, o starości, o pięknie, o sławie, o kulturze… O życiu. Często między jednym a drugim akapitem autorce udaje się wpleść myśl tak celną i napisaną tak prostym językiem, że ciężko jest wyrzucić ją z głowy. Co irytuje? „Międzynarodowe Gesty”. Jak to męczy... Naprawdę. Wystarczyłoby te gesty opisać, nie trzeba pisać za każdym razem, jak bardzo są uniwersalne. Do tego – bohaterowie. Niby mamy tutaj różnorodność kulturową, rasową, płciową, ale zachowania i reakcje bohaterów zlewają się tak bardzo, że ciężko mówić o jakichś sporych różnicach charakterologicznych. Postacie są barwne, ciekawe, jakieś… Czasem tworzą jednak jedną wielką bezkształtną masę. Przyznam otwarcie, że nie czytałam wcześniej „Białych zębów”, a „Łowca…” był moim pierwszym kontaktem z twórczością pani Smith. I nie ukrywam, że jest to „współpraca” na tyle owocna i zaskakująca, że chciałabym ją kontynuować.