Cztery pory roku

Cztery pory roku - Stephen King "Ważna jest opowieść, nie opowiadający". Tymi słowami wita nas King w "Czterech porach roku". Po przeczytaniu książki mogę powiedzieć tylko jedno. Ma absolutną rację. King, TEN KING, którego fenomenu po przeczytaniu "Lśnienia" zupełnie nie rozumiałam, tym razem kompletnie mnie zaskoczył. Pisarz, który nazywany jest przez wielu Mistrzem Horroru, tworzy coś, co z powieścią grozy niewiele ma wspólnego. I jest to… świetne! Jako że na zbiór składają się cztery opowiadania, nie ma sensu odnosić się do całości. Każde z nich bowiem (choć są ze sobą powiązane fabularnie – bardzo miły smaczek ze strony autora) traktuje o czym innym i utrzymane jest w innym klimacie. Antologię otwierają „Skazani na Shawshank”. Filmu nie widziałam - i dobrze. Dzięki temu pozwoliłam się całkowicie zaskoczyć. Opowiadanie jest rewelacyjne! A samo zakończenie… Cóż… Choć tak oczywiste, stanowiło ogromną niespodziankę. Było mi po prostu wstyd, że nie powiązałam wszystkich faktów. Ot, magia logiki. Jeśli miałabym oceniać samych „Skazanych…”, to bez wahania przyznałabym dziesięć gwiazdek. Dalej – „Zdolny uczeń”. I tu pozwolę sobie zrobić rzecz nieco dziwną – podzielę opowiadanie na dwie części. Jeśli chciałabym ocenić część pierwszą (do momentu, w którym Todd idzie już do nowej szkoły), to nie starczyłoby mi skali. Dziesięć gwiazdek to najzwyczajniej w świecie za mało dla tak dobrej minipowieści. Mamy tu coś, co uwielbiam – ciężki klimat zaszczucia. Ponadto ta chora, ciążąca obu stronom, ale nierozerwalna więź między bohaterami… Cudo. Ci, którzy mieli okazję oglądać „Hard Candy” albo „Phone Booth”, wiedzą, o czym mówię. Natomiast druga część... Niestety – troszkę przegadana, nieco melodramatyczna, kapkę naciągana. Chociaż w sposób oczywisty podsumowuje całą historię, jest w niej coś, co mnie odpycha. Dlatego też za całość dałabym dziewięć gwiazdek. Kolejna pozycja to „Ciało”. Przyznam, że nie spodobała mi się w takim stopniu, jak dwie poprzednie. Opowiadaniu na pewno nie można odmówić klimatu. Historia wręcz „pachnie” słońcem, lasem i beztroską. Nie ukrywam jednak, że kilka fragmentów mnie znudziło, a jeszcze kilka – zniesmaczyło (opowiadanie o Tłustodupskim Hoganie niczego do historii nie wniosło, a było po prostu beznadziejne). Ocena to sześć gwiazdek. Na koniec – „Metoda oddychania”. Najsłabsza minipowieść z całego zbioru. Groteskowa i patetyczna. Niektórym końcówka mogłaby się wydawać obrzydliwa. Innym – śmieszna. Dla mnie była po prostu żałosna. Opowiadaniu należą się jednak cztery gwiazdki, bo całość była bardzo dobrze zrealizowana technicznie. W posłowiu możemy przeczytać: „ludzie twierdzili, iż King mógłby opublikować swój rachunek z pralni, gdyby chciał”. Jeśli wszystkie rachunki Kinga wyglądają tak, jak „Cztery pory roku”, to ja zamawiam prenumeratę.