Stowarzyszenie umarłych poetów

Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum Ja, w przeciwieństwie do sporej liczy osób wypowiadających się, filmu nie widziałam. Dlatego też, nienaznaczona jego piętnem, będę oceniać samą, samiuteńką, SAMIUŚKĄ KSIĄŻKĘ. Po "Stowarzyszenie..." sięgnęłam, bo skusiły mnie pochlebne opinie zarówno znajomych, jak i internautów. Czy się rozczarowałam? Ciężko powiedzieć. Przyznam, że chyba nie wzięłabym się za książkę, gdybym wiedziała, że nie ma ona nawet dwustu stron (a nie wiedziałam do samego końca, bo czytałam e-booka). Mam takie zboczenie, że lubię, jak tomiszcze jest opasłe. Im mniej stron, tym większe nienasycenie. ;) A w przypadku „Stowarzyszenia…” po prostu było czuć, że książka jest za krótka! Nie chodzi mi o to, że historia się nie zamknęła, że powinien nastąpić ciąg dalszy... Po prostu w niektórych momentach aż prosi się o podkreślenie przeżyć wewnętrznych, o oddanie pewnych zachowań, o podkreślenie nastroju opisem otoczenia. To wszystko przecież tak wiąże się z romantyzmem, a właśnie od ideałów romantycznych książka wręcz kipi! Jeśli już przy romantyzmie jesteśmy – epoki nie lubię; nudzi mnie i irytuje. „Stowarzyszenie…” było dla mnie jednak zaskakująco lekkostrawne. I chociaż mamy tu cały infantylny zestaw: nieszczęśliwa miłość + tragiczne samobójstwo + młodzieńczy bunt, to jest to zaserwowane w wyważonych dawkach (czyli takich, przy których nie można chyba jeszcze mówić o grotesce ;)). Przyznam, że gdyby ktoś zaproponował mi wywalenie z kanonu lektur „Cierpień młodego Wertera” na rzecz „Stowarzyszenia umarłych poetów” zareagowałabym w tylko jeden możliwy sposób. „Zróbmy to”. Przy czytaniu „…Wertera” sama nie wiedziałam, kto bardziej cierpi – ja czy główny bohater. Tutaj takiego uczucia nie ma. Nie trzeba się bowiem psychicznie zdołować i wymęczyć, żeby zrozumieć, do czego są zdolni młodzi, świadomi własnych pragnień ludzie. Sama jednak „lekkość” nie wystarczy, żeby książka była genialna. I nie jest. Jest przewidywalna. Zarówno zakończenie, jak i śmierć jednego z bohaterów były dla mnie oczywiste. Mało tego, nie wzruszyły mnie. Jest jednak w „Stowarzyszeniu…” coś takiego, że tę książkę się pamięta. I za to właśnie trzy gwiazdki.