Joy - Jonathan Lee

Pewnego dnia Joy, ambitna prawniczka pracująca w korporacji, spada z biurowego tarasu widokowego na nie mniej biurową posadzkę. Co doprowadziło do tak nieszczęśliwego wypadku? Czy istnieją choć najmniejsze szanse na happy end?

 

Książka była szumnie reklamowana jako „satyra na współczesne życie w biurze prawniczym, z kilkunastogodzinnym dniem pracy, olbrzymim stresem, tragikomicznymi rytuałami, flirtami i konfliktami, ale również do bólu prawdziwy obraz życia współczesnych trzydziestokilkulatków.” I ten właśnie opis sprawił, że po nią sięgnęłam. Cóż, głupia ja. Stara a głupia (strach pomyśleć, że lepiej już nie będzie ;)). Bardzo mało w tej książkowej korporacji klimatu korporacyjnego. Może się nie znam, może nie powinnam się wypowiadać, bo korporacji unikam bardziej uparcie niż owoców morza na talerzu, ale po prostu nie tego oczekiwałam. Choć eventy, meetingi i asapy przewijają się w tle, to nie są one głównym tematem książki.

 

Może co bystrzejsi już się domyślili, że głównym tematem książki pt. „Joy” jest.. prawniczka Joy! Spryciarze z was. ;) Otóż imię naszej bohaterki jest nieco przewrotne, bo radości w niej niewiele. Życie jej nie oszczędzało, ale sama też znacznie przyczyniła się do tego, że jej historia jest… nazywajmy rzeczy po imieniu – jest strasznie popieprzona. Joy ma wystarczająco wiele powodów, by skończyć ze sobą z własnej woli. Pikanterii dodaje fakt, że wiele osób miałoby ochotę jej w tym pomóc. I choć w tym momencie większość z was pomyślała pewnie, że pomysł na historię świetnie się broni, więc i treść musi być wciągająca, wyprowadzę was z błędu. Treść jest mocno przeciętna, a „Joy” to jedna z tych niewielu powieści, w której to forma zasługuje na słowa uznania.

 

Autor zaszalał i porwał się na „przeplatankę”. Rozdziały, w których opisywany jest świat z punktu widzenia Joy, przeplatają się ze świetnymi rozmowami Doktora Odd z pracownikami korporacji. Doktor jest terapeutą, który po traumatycznym wypadku Joy został zatrudniony przez korporację po to, by wspierać pozostałych korpobraci i korposiostry. I tu znów autor zasługuje na brawa – rozdziały z sesjami terapeutycznymi przypominają formę zapisków lub nagrań doktora. O jego istnieniu wiemy tylko z wypowiedzi rozmówców. Choć zwracają się do niego, jego wypowiedzi nigdy nie zostają przedstawione czytelnikowi.

 

Podsumowując: forma – super (i wcale nie mówimy o jej przeroście nad treścią). Szkoda jednak, że sama historia średnio zapada w pamięć.