Samotność liczb pierwszych - Paolo Giordano

W chorych rozmowach oczy patrzą gdzie indziej

Patrzą tylko gdzie by się schować (…)

Ja w twoich ramionach – nieistotny dysonans

Deszcz szczęścia, strzał nad przepaścią

Pidżama Porno – „Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości”

 

 

Kocham tę książkę. Kocham ją tak, jak kocha się kogoś, kto zjawia się nagle w naszym życiu i rozumie wszystkie nasze życiowe wybory. Kto nie osądza. Kto akceptuje naszą ułomność, odmienność i nieprzystawalność do świata.

 

„Samotność liczb pierwszych” to powieść opowiadająca o dwojgu ludzi, Mattii i Alice. Oboje, mimo młodego wieku, są zniszczeni przez los, przez najbliższych, przez własne życiowe wybory... To introwertycy, których ścieżki splatają się w szkole, by już za chwilę znowu się rozwidlić. Od tej pory ich drogi życiowe będą biec obok siebie, oddalać się, zbliżać i przecinać. Ich życia sprowadzają się do wiecznej tęsknoty za kolejnym spotkaniem i upływają nad rozważaniem, czy spotkanie to kiedykolwiek nastąpi. Pragną tego momentu najbardziej na świecie, a jednocześnie są potwornie przerażeni każdą, nawet najbardziej niewinną formą kontaktu. Potrzebują się tak, jak potrzebuje się tlenu. Nie potrafią bez siebie oddychać, nie potrafią ułożyć życia w całość. Wiedzą, że odbijają się w sobie wzajemnie. Aby mogli poznać samych siebie, drugie z nich musi znajdować się tuż obok. Żeby jednak do tego doszło, musieliby wyjść ze strefy komfortu. Odsłonić się. Dopuścić możliwość odrzucenia. Nie pozwalają im na to bolesna przeszłość i duma, a każdy przejaw odwagi wydaje się być bezsensowny i ułomny.

 

Mattia i Alice to tytułowe liczby pierwsze, które – zgodnie z definicją – dzielą się wyłącznie przez 1 i przez siebie same. To jednostki, które nigdy nie były przystosowane do tego, by dzielić się sobą z kimś innym. Nigdy nie czują się jak część „czegoś większego”, choć obracają się wśród innych ludzi – tak jak liczby pierwsze stoją w nieskończonym szeregu liczb naturalnych. Bohaterowie są odrębni, odstający od ogółu. Nie są w stanie otworzyć się nawet przed najbliższymi. Ze swojej samotności uczynili świątynię, do której mają wstęp tylko oni sami. Mattia i Alice to liczby pierwsze szczególne. Można ich porównać do liczb pierwszych bliźniaczych, czyli do takiej pary liczb pierwszych, które niemal ze sobą sąsiadują. Nigdy się nie spotkają – pomiędzy nimi zawsze stoi jakaś liczba parzysta. Dokładnie tak samo jest z parą głównych bohaterów – w ich życie zawsze wkrada się jakiś czynnik, mniej lub bardziej przypadkowy epizod, który nigdy nie pozwala im zespolić się naprawdę. W jednym z rozdziałów zauważa to sam Mattia.

 

Postać Mattii zasługuje na szczególną uwagę. To prawdziwy geniusz. Charakteryzuje się ogromnym talentem matematycznym, ale nie ma niemal za grosz inteligencji emocjonalnej. Potrafi przekalkulować wszystko, co go otacza. Krople deszczu spływające po szybie, oddechy, relacje międzyludzkie – to wszystko potrafi zamknąć w liczbach. Nie umie za to funkcjonować w społeczeństwie. Jego własna głowa to jedyne miejsce, w którym czuje się bezpiecznie. W momencie, kiedy wpuszcza do swojego umysłu Alice, gubi się bezpowrotnie.

 

Alice jest bardziej odważna od Matii. To ona inicjuje wszelkie formy kontaktu, to ona przeciwstawia się własnemu ojcu, to ją stać na chwile szaleństwa. Pasjonuje ją fotografia i to właśnie z nią wiąże swoje plany zawodowe. Choć odczuwa dziwną tęsknotę za Mattią, nie przekreśla od razu relacji z innym, kochającym ją mężczyzną. Wie jednak, że to właśnie Mattia ze wszystkich osób spotkanych w życiu jest emocjonalnie „najbliżej” niej. Że „ten drugi” to tylko liczba złożona stojąca między dwiema bliźniaczymi liczbami pierwszymi.

 

W tej książce wszystko jest idealne. Nic tu nie pachnie groteską, przerysowaniem. Każde słowo i każdy gest perfekcyjnie wskakują na swoje miejsca w tekście, jakby zawsze miały tam być. Warto w tym momencie zaznaczyć, że autor (tak, autor, nie autorka) jest z wykształcenia fizykiem. I to jest właśnie najpiękniejsze. Ścisły umysł Paolo Giordano w piękny sposób porządkuje ciężkie do zdefiniowania relacje między ludźmi. Wyławia uczucia, do których ciężko się przyznać i oswaja je. Zamyka poezję w prozie, a prozę – w matematyce.

 

„Samotność liczb pierwszych” to prawdziwe arcydzieło. Dowód na to, że prostym językiem można przekazać coś, co wydaje się być nieuchwytne. Że w kilku celnych zdaniach można zamknąć całe spektrum emocji – tak od siebie odmiennych, tak sprzecznych, ale jednak zazębiających się ze sobą. Pojawia się nawet Damien Rice, którego twórczość powraca falami do mojego życia. Polecam gorąco całą sobą.