Angelfall. Penryn i kres dni - Susan Ee, Jacek Konieczny

Należę do tych, co to nieprzesądni. Czarne koty z uporem maniaka czochram, nad rozsypaną solą nie płaczę (chyba że mi akurat wpadnie do oka), a i pod drabiną zdarzy mi się przejść. W pecha nie wierzę, nieszczęściu mówię: „Ić se”, wszelkie złowróżbne znaki ignoruję. I zaczynam mieć wrażenie, że to ostatnie jest ogromnym błędem.

 

Mogłam przewidzieć nadchodzące nieszczęście. Mogłam. Bo kiedy otwiera się książkę i na dzień dobry widzi się cytat: „Doprawdy epicki finał zajefajnej trylogii” (źródło: Books a Blog), to nic dobrego to nie wróży, szczególnie dla dorosłego odbiorcy. A już na pewno nic „epickiego” i „zajefajnego”. Zignorowałam? No pewnieeee, nie byłabym sobą, gdybym nie parła dalej. A co dalej? Dedykacja!

 

„Zadedykowane czytelnikom, którzy, jak Penryn, nie mają łatwej sytuacji w domu, którzy musieli dorosnąć szybciej z powodu okoliczności życiowych i którzy nie mają pojęcia, jaki potencjał w nich tak naprawdę drzemie. Zostaliście ciężko doświadczeni przez los, musicie stawiać czoła niezwykle trudnym wyzwaniom, ale podobnie jak Penryn możecie z tego wyjść wzmocnieni.” Rozumiem, że to książka dla nastolatków, rozumiem, że być może ten wstęp dał komuś kopa, ale na litość wszystkich bogów Olimpu… Nie dość, że banał, to jeszcze kłamstwo. Penryn w „Kresie dni” to nie postać, którą się podziwia.

 

Główna bohaterka od pierwszej części wyraźnie cofnęła się w rozwoju i pogubiła w biegu punkty IQ. Hormony szaleją, krew buzuje, mózg się wyłącza. Włącza się za to pierdołowatość i nadmierny sentymentalizm. Widzieliście kiedyś bohaterkę stojącą na czele oddziału, która nagle stwierdza, że „planowanie nigdy nie było jej mocną stroną”? Nie? To zapraszam do lektury. Nie rozumiem, jakim cudem Penryn wygrywa starcia z istotami przerastającymi ją wzrostem, siłą, a niekiedy i inteligencją, a daje się porwać innym ludziom, którzy najwyraźniej mają nieźle poprzesuwane pod kopułką. Wprawdzie są kierowani żądzą przetrwania i religijnym fanatyzmem, ale – hello! – mówimy o końcu świata! Z większości istot wypływają pierwotne instynkty. Penryn raz zachowuje się jak pięciolatka, innym znów razem – jak napakowany barbarzyńca. Wiem, że duże znaczenie ma to, czy dzierży akurat miecz, czy nie… Wiem też jednak, że dałoby się stworzyć spójną postać głównej bohaterki, bo taka właśnie była w poprzednich dwóch częściach!

 

Relacja na linii Penryn – Raffe w tej części „Angelfall” to kostki cukru zmieszane z nutellą i zalane colą. Tak słodko, że aż zęby bolą. Wprawdzie jest to miłość ciężka, nieakceptowana przez otoczenie, zmagająca się z przeciwnościami losu (Już macie dość? Ja mam…), a i nasycona erotyzmem (Tak, teraz się obudziliście, co?), ale mimo wszystko naiwna. Że Penryn jest nastolatką? Wiem, ale wcześniej jej powiązania z Raffem były jakieś… zdrowsze? Dojrzalsze?

 

„Angelfall. Penryn i kres dni” to marne romansidło, które – na szczęście – wciąż bazuje na ciekawej historii dziejącej się w tle. Szkoda tylko, że w tej pozycji autorka zabiła wszystko to, co „Angelfall” wyróżniało spośród innych powieści dla nastoletnich odbiorców. Mimo wszystko czytało mi się szybko. Z przyjemnością witałam bohaterów znanych z poprzednich części. „Kres dni” to według mnie takie 3/10, ale że okładka – choć najsłabsza ze wszystkich okładek trylogii – robi wrażenie, to ocena skacze do całych czterech oczek na 10. Trochę przykro, ale to nie pierwszy raz, kiedy zakończenie jakiegoś cyklu całkiem odbiega poziomem od poprzednich części.