Nomen Omen - Marta Kisiel

Pozycja przeciętna i nudna, niestety.

 

W „Nomen Omen” raczej nie uświadczymy rozwalającego poczucia humoru, z jakim mogliśmy zetknąć się w „Dożywociu”. Pani Marta jest kobitą z jajem, a nawet z dwupakiem jaj, więc o patosie i podniosłym nastroju nie może być mowy. Zapomnijcie jednak o niekontrolowanych wybuchach rechotu i uśmieszku błąkającym się po twarzy podczas lektury.

 

Plejada bohaterów też nie robi większego wrażenia. Niby są sympatyczni i barwni, ale… No właśnie, ale. Najbardziej irytują Salomea i Adam Przygoda (rodzeństwo). Salka w wieku dwudziestu pięciu lat zachowuje się jak niedorozwinięty podlotek. Pewnie taki miał być jej urok, ale moim zdaniem „urok” to ostatnie słowo, jakie do niej pasuje. Bardziej wkurzający od Salki jest jedynie jej brat, Niedaś. Nikt mi nie wmówi, że osoba ponadosiemnastoletnia nie umie sklecić normalnego zdania, bo wiecznie posługuje się albo slangiem graczy komputerowych, albo debilnymi wyrażeniami używanymi głównie przez trzynasto-, czternastolatków. Pozostali bohaterowie prezentują się nieco lepiej (papuga i matka wymienionej wcześniej dwójki naprawdę robią wrażenie), ale niestety to za Salką i za Niedasiem będziemy podążać najczęściej.

 

Fabuła na samym początku przypomina stare, dobre powieści dla nastolatków z lat 80. i 90. Mnie kilka pierwszych rozdziałów pachniało „Jeżycjadą”, tylko że nie z Poznaniem, a z Wrocławiem w tle. Niestety, autorka nie miała tak dobrego pomysłu na historię, jakie zwykle miewa Musierowicz. Trochę upiorów, trochę magii, trochę romansu. Mieszanka zjadliwa, ale na pewno nie porywająca.

 

Plusy? Akcja dzieje na najprawdziwszych wrocławskich ulicach, w realnych parkach, istniejących budynkach. W pewnym momencie naprawdę miałam ochotę sprawdzić na planie Wrocławia, którędy poruszali się bohaterowie. Powstrzymała mnie przed tym prozaiczna przyczyna. Historia była tak nudna, że jak najszybciej chciałam się doczołgać do końca. Na szczęście tu z odsieczą przybyła Lara, przypominając mi o notce na swoim blogu: http://laranotsil.blogspot.com/2014/02/nomen-omen-autor-marta-kisiel.html (rewelacyjne zdjęcia, które pozwalają wczuć się w klimat książki - szczerze polecam). Do plusów zaliczyć można też piękną polszczyznę pani Marty (ot, taki fikuśny, ale nie nadmiernie udziwniony język) i to, że finał historii jest słodko-gorzki. Na szczęście autorka nie przesadziła z tęczą i landrynkami na finiszu.

 

Ocena? Jakieś 4/10. Jedno oczko za bohaterów (wyłączając rodzeństwo), jedno za język, jedno za autentyczne miejsca akcji (tu autorka sporo zawdzięcza zdjęciom Lary) i jedno za nawiązania do drugiej wojny światowej (nie jestem fanką tego okresu, ale widać, że pani Marta poświęciła sporo czasu, żeby „odpicować” ten wątek). Mieszkańcy i sympatycy Wrocławia mogą sobie dorzucić jeszcze jedno oczko. Raczej nie polecam. „Dożywocie”, choć nie rewelacyjne, wciągało dużo bardziej.