Napalm i żelki - George Carlin

Wiecie, jaka była typowa reakcja moich znajomych na wieść o tym, że czytam „Napalm i żelki”?

- Jeszcze raz - co czytasz?

- „Napalm i żelki” Carlina.

- To jest tytuł?

- Tak.

- Fajny, śmieszny… O czym to?

No właśnie. „O czym to”? Sam Carlin we wprowadzeniu do książki wyjaśnia, że to zdumiewające, iż człowiek jest w stanie wynaleźć dwa tak odmienne produkty, jakim są napalm i żelki. Przywodzą mu na myśl dwoistą naturę ludzką, a jednocześnie świetnie charakteryzują jego przemyślenia. Nie sposób się z nim nie zgodzić. Carlin to zdarzenie dwóch sił: dociekliwości i spostrzegawczości małego dziecka ze zgryźliwością stetryczałego starca. Z tej wybuchowej mieszanki rodzą się niesamowite, czasem oburzające twory.

 

Ten, kto widział przynajmniej jeden stand-up Carlina, już pewnie wie, czego można się spodziewać po książce. Autor jedzie po wszystkim i po wszystkich. Obrywa się nie tylko rodzicom małych dzieci, ale też zagorzałym feministkom i… golfistom. :) Autor nie boi się żartować z religii czy osób chorych na raka. Niektóre przemyślenia wydają się być całkiem trafne („Hej, dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłam? Przecież to faktycznie zastanawiające”). Inne znów są tak niesmaczne, że ciężko uwierzyć w to, iż autor naprawdę tak myślał. Kto wie, może Carlin, pisząc książkę, chciał po prostu puścić oczko do odbiorcy? A może prowokował różne środowiska do dyskusji? Każda z tych możliwości wydaje się być prawdopodobna. Muszę jednak przyznać, że przemyślenia autora są po prostu błyskotliwe. Czasem chore i obrzydliwe, niekiedy nadmiernie upraszczające rzeczywistość, niemal zawsze – bezwzględne. Komik ujął jednak to, co miał do przekazania, w takie słowa, że ciężko jest przerwać lekturę książki. Może to czysty masochizm z mojej strony, a może ukryty podziw, że ktoś we współczesnym świecie był na tyle odważny, żeby wygłaszać tak skrajne poglądy. Nie wiem. Tak czy siak – podczas czytania „Napalmu i żelek” głośno śmiałam się w miejscach publicznych, niejednokrotnie wzdrygałam się z oburzenia, a od czasu do czasu zaszokowana strzelałam karpia. Misz-masz emocji. I wiecie co? Podobało mi się to.

 

Na szczególną uwagę w „Napalmie i żelkach” zasługują tzw. „Krótkie zwarcia” (rozdziały, w których komik zawarł luźne, niepowiązane ze sobą spostrzeżenia) oraz „Wiadomości w południe” (krótkie newsy przypominające te z programów informacyjnych). Mnie najbardziej spodobały się:

1) „Kiedy ktoś zapyta was o godzinę, spójrzcie na zegarek i odpowiedzcie: ‘Jest szósta piętnaście albo pies Pluto dostał wzwodu’. Gwarantuję, że następnym razem będą zawracać głowę komuś innemu.”

2) „Mały ubaw: wejdź do zakładu fotograficznego i zapytaj, czy możesz kupić zdjęcia innych ludzi z wystawy. Powiedz: ‘Ile za tę parę grubasków?’. Zaręczam, że będą wam się długo przyglądać. Może nawet cofną się o kilka kroków.”

3) „Władze informują, że kompletnie niezrównoważony nauczyciel geografii zabił z pistoletu sześć osób, które nie potrafiły wskazać na mapie stolicy Szkocji. Mężczyzna wciąż pozostaje na wolności, dlatego policja przypomina, że stolicą Szkocji jest Edynburg”.

 

Na koniec pozwolę sobie cofnąć się do kilku pierwszych stron „Napalmu i żelek”. W podziękowaniach autor pisze: „Dziękuję również znajomym z dzieciństwa z 123rd Street i Amsterdam Avenue, którzy na ulicy i korytarzach wysłuchiwali monologów trzynastolatka i czasami wprawiali mnie w stan błogiej radości, mówiąc: „Georgie, ty to masz nieźle nawalone w głowie!”. Po lekturze książki mogę powiedzieć tylko jedno: faktycznie, miał. I jak najbardziej jest to komplement. :)